Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pożywnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pożywnie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 sierpnia 2011

zapiekanka z kozim serem, czyli o skutkach przyjaźni polsko-belgijskiej



Podobno specjalnościami kuchni belgijskiej są: piwo, czekolada, gofry i frytki. Belgowie jadają też dużo mięsa (steki!).
Lise postanowiła jednak pójść innym tropem. Postawiła na ser (również ważny, w niezliczonej ilości odmian) i obsadziła go w roli głównej dania, którym poczęstowała nas pewnego wieczoru. Oczywiście w Krakowie. :-)
Wegetariańska i niskokaloryczna kolacja polsko-belgijska? Świat potrafi być zaskakujący. ;-)
Eet smakelijk!!

Składniki:

- 200 g kaszki kuskus
- 2 duże bakłażany
- 2 duże pomidory
- 100 g miękkiego koziego sera
- 2-3 ząbki czosnku
- oliwa
- świeże i suszone zioła, np. tymianek i rozmaryn
- sól, pieprz

Kuskus przygotować według opisu na opakowaniu. Pomidory i bakłażany pokroić w plastry (bakłażany warto potem nasolić i pozostawić na ok. pół godziny, a następnie opłukać - by pozbyć się goryczy). Czosnek posiekać.
W naczyniu żaroodpornym, nasmarowanym oliwą, układać warstwami: kuskus, warzywa, czosnek, ser, zioła - w kolejności i ilości dowolnej. :-) Na samej górze powinny być pomidory. Doprawić solą i pieprzem do smaku. Na wierzchu polać szczodrze oliwą i posypać ziołami (u mnie suszony rozmaryn i świeży tymianek). Zapiekać około 45 minut.

niedziela, 3 lipca 2011

pesto rosso, czyli coś optymistycznego



No cóż, lato znów zawodzi. Słoneczna deprywacja po raz kolejny odbija się na moim zdrowiu psychicznym. W dzisiejszym odcinku z serii: Efektywne Metody Autoterapii - czerwone pesto.

Składniki:

- suszone pomidory w oliwie (ok. 100 g)
- garść orzeszków piniowych (lub innych dowolnych orzechów albo pestek - dla mniej ortodoksyjnych; ja użyłam podprażonych na suchej patelni pestek słonecznika)
- ząbek czosnku
- taty parmezan
- oliwa (najlepiej ta, w której zanurzone były pomidory)

Wszystkie powyższe składniki zmiksować na pożądaną konsystencję (ja lubię niezbyt dokładnie). W trakcie miksowania powoli dolewać oliwę.
Zjadać z dowolnymi dodatkami. :-)



Sama najpierw wymieszałam pesto z pełnoziarnistym penne - w ramach obiadu, a później pozostałość zjadłam na tostach, z zieloną sałatą i świeżym pomidorem.
Zachwycił mnie też wyszperany w internecie pomysł Agnieszki Kręglickiej na posmarowanie czerwonym pesto podpieczonego wcześniej sera camembert (...i już zobaczyłam siebie, jak maczam w tym cudzie bagietkę!), ale tą bombę kaloryczną zostawię sobie na inne, może jeszcze trudniejsze chwile. ;-)

sobota, 18 czerwca 2011

dwie tarty na jeden temat, czyli śpieszmy się jeść szparagi...

... tak szybko kończy się na nie sezon. Zostało niewiele czasu (czerwiec już za pasem), więc staram się najeść ich niejako na zaś. Resztę próbuję zachomikować. ;-)
Okazuje się, że umyte i obrane - jeśli trzeba (a trzeba obierać przede wszystkim białe szparagi) - świetnie dają się zamrozić.
Jest więc szansa, że będę się mogła nimi cieszyć trochę dłużej.
Ostatnio dwukrotnie przemyciłam je do moich ulubionych tart.

Tarta I - na cieście francuskim, z białymi szparagami



Składniki:

- opakowanie gotowego ciasta francuskiego (bo po co sobie komplikować? :-P)
- białe szparagi (umyte i obrane - w ilości dowolnej)
- pomidorki koktailowe
- niebieski ser - np. Błękitny Lazur
- 200ml śmietany 18%
- 1 jajko
- gałka muszkatołowa
- sól i pieprz
- oliwa

Formę do tarty wysmarować oliwą, wyłożyć ciastem, na to rozłożyć szparagi i pomidorki przekrojone na pół. Zalać je masą śmietanowo-jajeczną (rozmieszaną wcześniej dokładnie i doprawioną solą, pieprzem oraz gałką) oraz posypać pokruszonym serem. Piec w 200st. około 40 minut (aż ciasto będzie rumiane - wiadomo, że wszystko zależy od piekarnika).

Tarta II - na cieście kruchym, z zielonymi szparagami



Składniki:

- 30 dkg mąki
- 20 dkg masła lub margaryny
(lub gotowe ciasto kruche jeśli ktoś woli; ja porywam się na robienie go samodzielnie, bo jest dużo mniej pracochłonne od francuskiego ;-))
- zielone szparagi (umyte, z odłamanymi twardymi końcówkami)
- płaty wędzonego łososia (100g wystarczy z powodzeniem)
- ser feta lub fetopodobny (cóż, lubię i już)
- 200ml śmietany 18%
- 1 jajko
- gałka muszkatołowa
- sól i pieprz

Mąkę posiekać z margaryną/masłem. Następnie wlać dwie łyżki bardzo zimnej wody, zagnieść ciasto i ulepić kulę. Owinąć ją folią i wstawić na jakiś czas do lodówki (minimum godzina).
Formę do tarty wylepić ciastem jak plasteliną (dużo łatwiejsze niż wałkowanie i ostrożne przenoszenie ze stolnicy). Wyłożyć na nie łososia, wylać masę śmietanowo-jajeczną i na wierzchu ułożyć szparagi. Całość posypać kawałkami sera. Piec podobnie jak wyżej - w 200st., minimum 40 minut.

Najlepsze z michą zwykłej, zielonej sałaty polanej winegretem!

wtorek, 3 maja 2011

o rybnym mezaliansie w świąteczne popołudnie, czyli zapiekanka :-)



Zimne, mokre, szare niebo. Deficyt energetyczny.
Zamknięte sklepy. Szybki przegląd lodówki. Włączam tryb kreatywności.
Rozmrożona smętna sola i luksusowy wędzony łosoś obok. Razem? A dlaczego nie?
Zrównam ich status. ;-D Będzie zapiekanka.
Jeszcze tylko szybka konsultacja z ulubioną Kwestią Smaku i do dzieła.
Przepis jest fuzją kilku znalezionych na ten temat. Oto moja wersja. :-)

Składniki:

- 900 g filetów z soli (waga przed rozmrożeniem - to istotne, bo baaardzo różni się od tej po :-P)
- 100 g (kilka plastrów) wędzonego łososia
- 5-6 ziemniaków
- 300 ml mleka
- 1 liść laurowy
- 4 ziarenka pieprzu
- 1 mała cebula, pokrojona w cienkie plasterki
- łyżka masła
- łyżka mąki
- 2 łyżki posiekanej natki pietruszki
- szczypta gałki muszkatołowej
- sól
- pieprz
- oliwa do posmarowania formy

Piekarnik nagrzać do 200 stopni. Formę żaroodporną wysmarować oliwą.
Ziemniaki obrać i pokroić na cienkie plasterki. Włożyć do garnka z chłodną wodą, doprawić solą i zagotować. Gotować przez około 3 - 4 minuty, następnie odcedzić na sicie.
Na patelnię włożyć umytą solę i wlać mleko. Dodać liść laurowy, ziarna pieprzu, plasterki cebuli. Zagotować, zmniejszyć ogień, przykryć i dusić przez kilka minut. (Uwaga! Ryba łatwo się rozpada!) Zdjąć z ognia i zlać mleko do naczynia z miarką (pieprz i liście laurowe usunąć). W razie potrzeby dodać więcej mleka, aby otrzymać 300 ml płynu. Podzielić filety ryby na mniejsze kawałki.
Zrobić sos beszamelowy: Na małym ogniu w rondelku roztopić masło, dodać mąkę i ciągle mieszając gotować przez około 2 -3 minuty. Zdjąć z ognia i stopniowo wlewać 300 ml mleka, dokładnie mieszając. Postawić rondelek z powrotem na ogniu i ciągle mieszając gotować, aż sos zgęstnieje. Gotować przez kolejne 2 - 3 minuty, aż sos będzie gładki. Dodać natkę, gałkę muszkatołową, doprawić solą i pieprzem.
Rybę włożyć do naczynia żaroodpornego, na niej ułożyć kawałki wędzonego łososia. doprawić solą i pieprzem. Polać sosem beszamelowym.
Na wierzchu ułożyć plasterki ziemniaków, tak aby zachodziły na siebie. Ziemniaki posmarować roztopionym masłem lub oliwą i wstawić do nagrzanego piekarnika.Piec bez przykrycia przez 25-30 minut, aż ziemniaki będą ładnie zrumienione (choć czasami może być to trudne, szczególnie dla posiadaczy piekarników gazowych, bez opcji grzania z góry - patrz: mój przypadek ;-)).



Tak czy inaczej, obie wersje są pyszne z dowolną wariacją na temat zielonej sałaty.
Ach! Gdyby tak jeszcze znalazł się do tego kieliszek schłodzonego, białego wina...

wtorek, 15 lutego 2011

boeuf bourguignon , czyli pierwsze koty za płoty ;-)



Zawsze wydawało mi się, że kuchnia francuska to gotowanie dla zaawansowanych. Złożone, wielowątkowe przepisy, mnogość składników i przypraw, stosunkowo długi czas przygotowywania i te skomplikowane procedury (!) jak deglasowanie, flambirowanie... - fascynowały mnie i napawały przerażeniem jednocześnie.
No bo jak powtórzyć to wszystko w amatorskiej kuchni? ;-)
Okazuje się, że i francuskie specjały można oswoić. Oczywiście dzięki niezrównanej Julii Child! :-) Zaczęłam od jej kultowej już wołowiny po burgundzku, bo mimo że efektowna i wyrafinowana w smaku, wymaga naprawdę elementarnych zdolności i wyposażenia kuchennego. Długi czas przygotowania zaś, to głównie radosne i pełne podekscytowania oczekiwanie na wyjęcie dania z piekarnika.
Nie zmienia to jednak faktu, że jestem z siebie przedumna! :-)
Zachęcam wszystkich do spróbowania swoich sił. Naprawdę warto.

Opierałam się na przepisach wg Ani i Eli .

Składniki:

- ok. 1 kg wołowiny, pokrojonej na 4-5 cm kawałki
- 30 dkg szynki "mocno wędzonej" (w oryginale boczek, ale u mnie wersja bardziej dietetyczna ;-))
- oliwa/olej do smażenia
- mąka to obtoczenia mięsa
- 4 marchewki pokrojone w duże kawałki
- 2 cebule obrane i pokrojone w cząstki
- ok. pół butelki wytrawnego, czerwonego wina
- ok. 500 ml esencjonalnego bulionu (u mnie wołowy)
- 2 łyżki koncentratu pomidorowego
- 4 ząbki czosnku obrane i zgniecione
- sól i pieprz
- gałązka tymianku
- liść laurowy
- gałązka rozmarynu
- ziele angielskie



Na patelni rozgrzać odrobinę oliwy i wrzucić pokrojoną w kostkę szynkę. Podsmażyć i przełożyć do naczynia żaroodpornego. Na tą samą patelnię wrzucić czosnek, cebule i marchewki. Lekko zrumienić i również przełożyć do naczynia. Następnie smażyć partiami kawałki wołowiny lekko posolone, popieprzone i obtoczone w mące. Na raz wrzucać na patelnię ok. 5-6 kawałków. (Jeśli wrzucimy za dużo, mięso puści sok i zamiast się zrumienić, zacznie się w nim gotować.)
Usmażone mięso przekładać do naczynia z szynką i warzywami.
Następnie dodać koncentrat pomidorowy, czerwone wino i gorący bulion. Wszystko delikatnie wymieszać. Mieszanka płynów powinna prawie zakrywać mięso.
Na samym końcu dorzucić po 3-4 ziarenka pieprzu i ziela angielskiego, a na wierzchu ułożyć tzw. bouquet garni, czyli świeże zioła przewiązane bawełnianą nitką.
Naczynie przykryć i wstawić do piekarnika. Piec 3 godziny w ok. 200 stopniach.

Boeuf bourguignon w oryginale podaje się z bagietką. Ja proponuję ziemniaczki zapiekane z rozmarynem.



Ziemniaki w łupinach najpierw dokładnie szoruję pod bieżącą wodą, a potem obgotowuję. Gdy przestygną, kroję na cząstki i układam na blasze. Polewam oliwą, posypuję solą ziołową i listkami rozmarynu. Piekę ok. 20 min w dobrze nagrzanym piekarniku.

Do tego na stole znalazł się zielony groszek z masłem i pieczarki delikatnie obsmażone w czosnku.
Niedzielny obiad był tym razem wyjątkowo uroczysty. :-)

środa, 12 stycznia 2011

zupa z soczewicy, czyli ciepło, cieplej...



Jak ja nie lubię zimy! Szczególnie tej burej, mglistej, miejskiej, pełnej topniejącego, brudnego śniegu i wyłaniających się spod niego wątpliwej przyjemności "niespodzianek"... brrr... zgroza.

Gotuję gar przepysznej, sycącej, intensywnej w smaku i barwie zupy.
I znów jest dobrze. Ciepło. Bezpiecznie.
Przynajmniej przez kolejne dwa dni. :-)

Przepis pochodzi ze strony Ani , która przytacza go za Agnieszką Kręglicką.

Składniki:

- 200-250 g zielonej soczewicy
- 2 puszki pomidorów
- ok. 4 łyżki oliwy
- 2 marchewki pokrojone w kostkę
- 2 cebule pokrojone w kostkę
- 2 posiekane/przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku
- 1 litr wody/bulionu
- 1 listek laurowy
- oregano
- sól i pieprz
- (2 łyżeczki octu z czerwonego wina - opcjonalnie, ja nie dodaję)
- szczypta cukru

Czosnek i cebulę podsmażyć na oliwie. Dodać marchewkę i listek laurowy, chwilę przesmażyć. Następnie dodać opłukaną soczewicę i zalać 1 litrem wody/bulionu. Gotować, aż soczewica zmięknie. Następnie dodać pomidory i pozostałe przyprawy. Gotować kolejny kwadrans. Ewentualnie doprawić odrobiną cukru, gdyby pomidory okazały się zbyt kwaśne.
Można podawać z pieczywem.
Smacznego!

wtorek, 26 października 2010

musaka, czyli historia dwóch bakłażanów



Dostałam od dziadków dwa bakłażany. Osobiście wyhodowane na działce.
Niespecjalnie długo zastanawiałam się jak wykorzystać tak cenny dar. Domowa musaka chodziła mi po głowie już od czasu, gdy obejrzałam "Moje Wielkie Greckie Wesele". ;-)

Przepisów na zapiekankę jest mnóstwo. Ja postanowiłam wykorzystać ten znaleziony na "love affair on a plate". Zastąpienie tam sosu beszamelowego jogurtem greckim dało mi złudzenie maksymalnego ograniczenia ilości kalorii, a co za tym idzie tak upragnionego poczucia bezpieczeństwa w konsumowaniu. ;-)
Przepis przedstawiam z niewielkimi zmianami w stosunku do oryginału.

Składniki:

- 2 bakłażany
- 1 cebula
- 2 ząbki czosnku
- 1/2 kg mielonego mięsa
- 1 puszka pomidorów
- 1/2 kg ziemniaków
- opakowanie sera (typu) feta ;-)
- 1/2 łyżeczki cynamonu
- sól, pieprz
- opakowanie jogurtu greckiego
- 2 jajka
- 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

Ziemniaki obrać i ugotować w całości następnie pokroić w plastry. Bakłażany umyć, pokroić w plastry, posolić i zostawić na chwilę na sicie, by puściły sok (a jednocześnie pozbyły się goryczy). Następnie osuszyć papierowym ręcznikiem i smażyć przez chwilę na patelni z obu stron. Mięso mielone usmażyć z posiekaną cebulą, doprawić solą, pieprzem i cynamonem. Dodać pomidory i przeciśnięty przez praskę czosnek. Dusić przez kilka (-naście) minut. Na dno wysmarowanego tłuszczem naczynia żaroodpornego ułożyć warstwami: ziemniaki, mięso, bakłażany. Polać po wierzchu sosem z jogurtu i jajek (doprawionego gałką muszkatołową i odrobiną soli) oraz pokruszyć ser. Piec przez ok. 40 minut w 180 stopniach.

wtorek, 12 października 2010

soczewica po indyjsku, czyli brzydkie, a dobre ;-)



Oto kolejna odsłona wspomnień na temat studenckiego jedzenia. Swego czasu hit imprezowy. Później szybki pomysł na pożywny i rozgrzewający obiad. W sam raz na jesiennie dni. :-)

Składniki:

- 1 szklanka zielonej soczewicy
- 2 szklanki wody
- 1 cebula
- 1 winne jabłko
- pół kubeczka kwaśnej śmietany (18%)
- curry
- sól, pieprz
- oliwa

Soczewicę przepłukać i gotować na małym ogniu, pod przykryciem, aż wchłonie całą wodę. Cebulę posiekać i zeszklić na oliwie. Dodać do soczewicy. Potem jabłko starte na tarce i śmietanę. Doprawić solą, pieprzem i curry (obficie :-)). Podusić jeszcze chwilę by wszystko się "przegryzło".
Zajadać z dowolnymi dodatkami.
Uwielbiam. :-)

czwartek, 7 października 2010

tarta z dynią, czyli Pumpkin'er w Krakowie ;-)



Zorganizowaliśmy sobie ostatnio nasz prywatny festiwal dyni. Pod wpływem impulsu nabyliśmy dorodną, 6-kilogramową sztukę i... zaczęłam eksperymentować. Czwartego dnia (po: zupie - pysznej, sałatce - do dopracowania, cieście - totalnej porażce i tarcie - o niej za chwilę) Jędrek zaczął wymachiwać białą flagą. Resztę miąższu zdecydowałam się więc zamrozić na czas, gdy znów za nią zatęsknimy. ;-)

Pozostając jednak jeszcze w nastroju festiwalowym, chciałabym podzielić się pomysłem na tartę, która była najbardziej luksusowym z wymienionych dań. ;-)

Składniki:

- 30 dkg mąki
- 20 dkg masła lub margaryny
- kawałek dyni
- 1 mała cebula
- 2 małe ząbki czosnku
- kawałek sera pleśniowego
- kilka plastrów szynki parmeńskiej
- 1,5 szkl. śmietany (najlepiej 18%)
- 2 jajka
- gałka muszkatołowa
- suszony tymianek
- sól, pieprz

Ciasto:
Mąkę posiekałam z margaryną/masłem. Następnie wlałam dwie łyżki bardzo zimnej wody, zagniotłam ciasto i ulepiłam kulę. Owinęłam ją folią i wstawiłam na jakiś czas do lodówki (minimum godzina).

Farsz:
Miąższ dyni pokroiłam stosunkowo drobno i podsmażyłam z posiekaną cebulką i czosnkiem do miękkości. Doprawiłam solą, pieprzem i tymiankiem. Przestudzone warzywa wyłożyłam do wylepionej ciastem formy. Na to pokruszyłam ser, ułożyłam plastry szynki, a na wierzch wylałam wymieszaną z jajkami i przyprawami śmietanę.

Piekłam około godziny w piekarniku nagrzanym do 200 st.

Jadłam na śniadanie, obiad i kolację, wspomagana okresowo przez Dzielnego Jędrka. :-)

czwartek, 15 lipca 2010

żeberka i witaminy, czyli o dużej piłce, ważnych ludziach, złych kilometrach i dobrych wspomnieniach

Co człowiek je, tym je * - powiedział poeta. A na pewno je tym, kogo spotka. ;-)
Wielu z moich ulubionych przepisów, które na stałe weszły do codziennego jadłospisu nauczyłam się od osób poznanych na różnych etapach mojego życia. Te są najcenniejsze, bo przywołują wspomnienia o nich, o wspólnie przeżytych (i przeżutych też! :-P) cudownych chwilach.
Tematy dzisiejszego wpisu to owoce znajomości z niesamowitą, jedyną i niepowtarzalną osobą, którą poznałam podczas studiów w Lublinie - Oli. Jestem totalną fanką jej barwnej osobowości, ognistego temperamentu i, co oczywiste, prze-pomysłowej kuchni. :-) Sprawiła, że pokochałam soczewicę... (o tym już niedługo, obiecuję) a jej pomysł na żeberka był pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy w sobotnie popołudnie gdy okazało się, że urządzamy u nas niedzielny wieczór piłkarski. Banda fanów futbolu, która schodzi się do naszego mieszkania na wspólne oglądanie finału Mistrzostw Świata stanowi nie lada wyzwanie, przyznajcie. ;-)
Oto opowieść o tym, jak dzięki magii wspomnień i płynącej z nich inspiracji udźwignęłam powagę chwili... ;-)

Żeberka po kawalersku

Składniki:

- 2 kg żeberek
- 4 cebule
- 3 łyżki miodu
- 2 butelki ketchupu (koniecznie pikantnego)

Żeberka solimy i obsmażamy aż się zrumienią. Układamy w żaroodpornym naczyniu. Na pozostałym tłuszczu podsmażamy pokrojoną w piórka cebulę. Wykładamy ją na żeberka i polewamy ketchupem wymieszanym uprzednio z miodem. Pieczemy w 180-200 st. około 1,5 do 2 godzin (warto próbować w trakcie by wyczuć właściwy moment).



Przepis jest błyskawiczny i bajecznie prosty. Aż trudno uwierzyć, że ma to sens. :-P W końcu sama jestem zwolenniczką podejścia bardziej slow-foodowego, ale czas był komfortem, którego nie mieliśmy. A efekt był naprawdę fajny - żeberka rozpływały się w ustach i smakowały przyjemnie słodko-pikantnie.

Do mięsa obowiązkowo sałatka - również z repertuaru Oli.
(tu uwaga: o ile żeberka to przepis zaadaptowany, o tyle sałatka - autorski!)

Sałatka Oli:

- mała główka kapusty pekińskiej
- 2 ogórki
- 3-4 pomidory
- czerwona papryka
- 20 dkg sera żółtego
- pestki słonecznika
- po pół pęczka: koperku, szczypiorku i natki pietruszki
- oliwa z oliwek
- sok z połowy cytryny
- sól, pieprz

Wszystkie składniki posiekać w ulubiony sposób, polać oliwą i sokiem z cytryny, doprawić do smaku, wymieszać. Proporcje warzyw są dowolne, myślę też, że dowolnie można eksperymentować z poszczególnymi składnikami. Uwielbiam jednak połączenie mocno warzywnej mieszanki z zupełnie innymi w swej fakturze: serem i pestkami, więc ich bym się nie pozbywała. ;-)



Podsumowanie: mecz był nudnawy, dobrze więc, że było co jeść. Żeberka cieszyły się prawie takim samym powodzeniem jak piwo! Jako gospodyni czuję się więc usatysfakcjonowana. ;-)
I jedna rzecz tylko napawa mnie nostalgią... Świadomość, że Lublin był tak dawno, a teraz dzielą nas tysiące kilometrów.
Myślę o Tobie ciepło Olu.

Dobrze, że jest Facebook. ;-D



* - JEST znaczy się, ale rozumiecie zabieg stylistyczny... ;-)

czwartek, 8 lipca 2010

makaron, brokuły, orzechy i... czyli medytacje wegetarianki nieortodoksyjnej ;-)




Nabyłam nową książkę o gotowaniu!:-) "Wegetariańskie dania - 101 sprawdzonych przepisów" nosi logo Good Food Magazine i jest skarbnicą niesamowitych pomysłów na sałatki, zupy, lekkie przekąski i dania główne, godnymi uwagi także dla Niekoniecznie-Wegetarian (patrz: ja! - mięso jadam, ale ostatnimi czasy mam na nie wyraźnie coraz mniejsze zapotrzebowanie...). Już pozaznaczałam sobie potrawy, które na pewno muszę wypróbować. ;-)
Oto pierwsza z nich, która przykuła moją uwagę jeszcze w księgarni. Prezentuję ją z niewielkimi zmianami w stosunku do oryginału.

Składniki: (na 2 osoby)

- pół opakowania makaronu (u mnie razowe świderki, w przepisie: spaghetti)
- ok. 200-250 g brokułów, rozdzielonych na różyczki
- 4-5 łyżek oliwy
- 1 mała cebula
- 1 ząbek czosnku
- 50 g orzechów włoskich
- 50 g bułki tartej
- sól, pieprz

bezczelnie pominęłam:
- 1/2-1 łyżeczki suchego chilli
- 1 łyżka oleju z orzechów włoskich

w przebłysku inwencji własnej dodałam:
- ser pleśniowy Błękitny Lazur

Makaron i brokuły należy ugotować. Ja używałam brokułów mrożonych, więc tylko zalałam je osolonym wrzątkiem i zostawiłam na kilkanaście minut - zbyt łatwo jest je rozgotować. W tym czasie rozgrzałam oliwę na patelni, by podsmażyć na nim posiekaną cebulkę i przeciśnięty przez praskę czosnek (ok. 2 min). Dodałam orzechy i bułkę tartą (w tym momencie należy też dodać chilli i olej orzechowy, jeśli ktoś posiada i ma na to ochotę ;-)) i smażyłam tak długo, aż składniki nabrały złocisto-brązowego koloru. Pozostało już tylko wyłożyć na talerz odcedzony makaron z brokułami i rozprowadzić na nich mieszankę orzechową. Uznałam jednak, że danie niepomiernie wzbogaci odrobina pleśniowego sera na wierzchu - doda mu wyrazistości i charakteru. Nie pomyliłam się. :-) Pycha!
Spróbujcie sami!

niedziela, 27 czerwca 2010

naleśniki ze szpinakiem, kurczakiem, curry i ananasem, czyli znów jestem w domu :-)



Ach, jak mi tego brakowało! Po tak długich (anty)kulinarnych wakacjach (gdyż los w swej przewrotności ostatnio rzucił mnie służbowo na dwa tygodnie w miejsce rządzące się zasadami zbiorowego żywienia, gdzie w wypadku niewystarczającego entuzjazmu okazywanego wobec kaszanki podanej na kolację, pozostawało zadowolić się chlebem z dżemem), z nieukrywaną radością wróciłam do możliwości samodzielnego komponowania swoich posiłków. :-P
Pierwsza niedziela w domu zainspirowała mnie do przygotowania dania zawsze kojarzącego mi się z Krakowem - za którym tak bardzo się stęskniłam. :-) Pochodzi ono z menu małej knajpki na Kazimierzu (ul. Józefa 6) o wdzięcznej nazwie "Kolanko no. 6", którą regularne odwiedzałam zanim jeszcze zamieszkałam tu na stałe. Przepis opracowany przeze mnie oparty jest na tym, co udało się podpatrzeć na talerzu. ;-)
Trudno jednak zapomnieć tak cudne połączenie głównych składników: kurczaka z curry, ananasa i szpinaku...
Ale do rzeczy:

Naleśniki:

• 1 szkl. mąki
• 1 szkl. mleka
• 2 jajka
• 1 łyżeczka cukru
• szczypta soli
• 3 łyżki oleju roślinnego
• olej do smażenia

Wszystkie składniki należy razem zmiksować i najlepiej odstawić przed smażeniem na ok. pół godziny, by ciasto "odpoczęło".

Farsz:

• 2 filety z kurczaka
• 1 puszka ananasa
• kubek śmietany 18% (200 g)
• 1 łyżeczka curry
• opakowanie mrożonego szpinaku w liściach (450 g)
• 2 ząbki czosnku
• łyżka masła
• szczypta gałki muszkatołowej
• sól, pieprz
• olej do smażenia

Ponadto:

• kawałek (ok. 100 g) startego sera żółtego
• szczypiorek

Kurczaka kroimy w kosteczkę i podsmażamy na oleju. Doprawiamy solą i pieprzem, posypujemy curry (ja go nie żałuję ;-)). Następnie dorzucamy pokrojonego ananasa, a po chwili wlewamy zahartowaną śmietanę (posoloną i wymieszaną z łyżką płynu spod kurczaka - zapobiega to jej ewentualnemu ścięciu). Osobno rozmrażamy szpinak i podsmażamy go na łyżce masła. Doprawiamy czosnkiem przeciśniętym przez praskę, solą, pieprzem i gałką muszkatołową.

Na usmażonym naleśniku rozkładamy trochę szpinaku, na to kurczaka z ananasem. Składamy dowolnie (ja najczęściej w trójkąt). Posypujemy tartym serem i szczypiorkiem. Docelowo ser powinien być roztopiony - w knajpie na pewno używają do tego mikrofali, której ja nie posiadam. Nie mam natomiast nigdy cierpliwości, żeby po tym wszystkim odpalać jeszcze piekarnik. :-P Wiórki sera też dają przyjemny efekt. :-)
Jemy aż nam się uszy trzęsą!

wtorek, 25 maja 2010

pizza, czyli kolejny debiut za mną :)



Dziś po raz drugi (acz po długiej przerwie) przełamałam swoje lęki dotyczące obróbki ciasta drożdżowego i postanowiłam upiec samodzielnie pizzę! (to po raz pierwszy ;-))
Efekt: zaskakująco pozytywny. Jeszcze kilka prób i dojdę do perfekcji. ;-)

Przepis pochodzi z mocno archiwalnego numeru "Poradnika domowego".


Ciasto:
- 30 dkg mąki (ok. 2-2,5 szkl),
- 2 dkg drożdży,
- 3/4 szkl. wody,
- 2 łyżki oliwy,
- łyżeczka cukru,
- pół łyżeczki soli

Połowę przygotowanej wody lekko podgrzej w garnuszku, dodaj pokruszone
drożdże, wsyp cukier i mieszaj aż drożdże się rozpuszczą. Na stolnicy
lub w misce usyp kopczyk z mąki, zrób w nim wgłębienie, wlej
rozpuszczone drożdże i wymieszaj łyżką z częścią mąki. Wlej resztę
wody, oliwę i sól, zamieszaj łyżką, a gdy mąka wchłonie płyny, odłóż
łyżę i energicznie zagniataj ciasto ręką. Uformuj z niego kulę,
przykryj ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Powinno
podwoić swoją objętość.
Placek uformować można na 3 sposoby: rozwałkować lekko podsypując
mąką, rozciągnąć rękami lub wylepić nim formę.
Spód cienkiej pizzy powinien mieć 5-6 mm grubości, a trochę grubszej -
7-8 mm.
Brzegi lekko podnieś palcami, by były nieco wyższe niż reszta
placka. Wyłóż nadzienie. Piecz w wysokiej temp. ok. 220, nawet do 250 st.

Nadzienie:
Było dziś maksymalnie proste.

- sos pomidorowy (pomidory z puszki + 2 ząbki czosnku + oregano + sól + pieprz + szczypta cukru ---> zagotować i dusić około 15 minut by sos się zagęścił)
- kulka mozzarelli (starta)
- oliwki zielone
- garść liści bazylii (do posypania już po upieczeniu pizzy)

Wbrew pozorom pracy niewiele. A przyjemności mnóstwo :-)
Polecam!

niedziela, 9 maja 2010

makaron z szynką, czyli gotować uczę się również od taty :-)



W mojej rodzinie mężczyźni nigdy nie bali się kuchni i zawsze mieli swój udział w kulinarnych działaniach. Długo jednak było przyjęte, że zajmowali się sprawami naprawdę Dużymi i Ważnymi - typu faszerowanie i pieczenie mięs przez dziadzia, doprawianie wszelkich zup i sosów, oraz własne wykonanie dressingów do sałatek przez mojego tatę (tzw. wykańczanie smaku). Gotowanie na co dzień leżało głównie w gestii kobiet. Do czasu... ;-) Gdy kilka lat temu mama zaczęła dojeżdżać do pracy w innym mieście, a czas pracy taty stał się bardziej elastyczny, role odwróciły się. Tata został wcielony również do kuchni tzw. "codziennej".
W domu nastały więc czasy potraw prostych i szybkich w przygotowaniu (w końcu gotował często w przerwie od pracy przy komputerze ;-)), w których widać było fascynację kuchnią śródziemnomorską (a w szczególności makaronami).

Oto jeden z pomysłów na makaron, jaki od Niego przejęłam. :-D



Składniki:
- pół opakowania makaronu (u mnie penne z razowej mąki)
- kilka plastrów surowej dojrzewającej szynki (najlepsza oczywiście parmeńska, ale dobrze sprawdza się również szwarcwaldzka, tutaj szynka "light" z Lidla ;-))
- 3-4 ząbki czosnku
- 2 pęczki natki pietruszki
- oliwa z oliwek
- ew. parmezan do posypania

Makaron gotuję wg przepisu na opakowaniu, oczywiście al dente. ;-) W tym czasie siekam czosnek, natkę, a szynkę kroję w cienkie paseczki. Następna faza wymaga perfekcyjnej synchronizacji ruchów i tata ma je opanowane co do sekundy. Ja maksymalnie upraszczam sobie sprawę. :-P Gdy makaron się ugotuje, odcedzam go i odstawiam w ciepłe miejsce. Wrzucam do niego szynkę i pietruszkę. Na sporej ilości oliwy podsmażam posiekany czosnek. Zajmuje to naprawdę chwileczkę, tym bardziej, że czosnek nie może zbrązowieć - będzie wtedy gorzki. Gdy jest gotowy - wlewam go wraz z oliwą do garnka z makaronem i pozostałymi składnikami. Mieszam i natychmiast podaję. Danie można posypać na talerzu parmezanem.
(Istnieje też opcja wrzucenia pietruszki na rozgrzaną oliwę przed wymieszaniem z makaronem, ale ja bardziej lubię świeżą - bardziej chrupiącą.)
I to wszystko. Obiad szybki, smaczny, lekki i sycący.
I nic nie pobije zapachu smażącego się czosnku. :-D
Czego chcieć więcej?

Pozdrawiam Cię tato! :-)

tarta z brokułami, czyli wiosenny przegląd lodówki



Wiosna w pełni. Cudownie móc wreszcie chrupać świeże, pachnące warzywa! :-) Ale nasza zamrażarka jest nadal pełna mrożonek, które chomikowałam przez całą zimę...
Nie znoszę marnować jedzenia.
Paczka brokułów, laska kiełbasy, oscypek (z zamierzchłej już wyprawy do Zakopanego :-P) i... jest pomysł. Będzie tarta. Góralska. I już-prawie-wiosenna. Jak droga na Turbacz początkiem maja!;-)

Składniki:

- 30 dkg mąki
- 20 dkg masła lub margaryny
- opakowanie brokułów mrożonych (jestem pewna, że mogą być też świeże :-))
- laska kiełbasy jakiejkolwiek (może być też 15-20 dkg chudego wędzonego boczku)
- 10 dkg pikantnego sera (u mnie pół dużego oscypka, ale może być też parmezan czy rokpol)
- 1,5 szkl. śmietany (najlepiej 18%)
- 2 jajka
- gałka muszkatołowa
- sól, pieprz

Ciasto:
Mąkę siekam z margaryną/masłem (na dowolnej powierzchni płaskiej, bo nie dorobiłam się jeszcze stolnicy ;-P). Gdy tłuszcz "zabierze" (uwielbiam to sformułowanie!) prawie całą mąkę, wlewam dwie łyżki bardzo zimnej wody, zagniatam ciasto i lepię kulę. (Wszystkie te czynności należy wykonać w miarę szybko, by ciasto nie zdążyło zagrzać się od dłoni - od tego podobno zależy jego kruchość). Kulę owijam folią i wstawiam na godzinę do lodówki.

Farsz:
Brokuły blanszuję (czyli zamrożone zalewam wrzątkiem i zostawiam na kilkanaście minut; surowe trzeba będzie podgotować), odcedzam i dzielę na malutkie różyczki. Dłuższe łodyżki kroję na mniejsze kawałki. Podsmażam pokrojoną kiełbasę. Śmietanę wlewam do miski i roztrzepuję z jajkami, gałką muszkatołową solą i pieprzem. Starty ser można dodać do polewy lub zachować na posypanie po wierzchu.

Ciasto wyjmuję z lodówki i wylepiam nim formę (jak plasteliną :-)) - dno i boki (rant powinien mieć ok. 3 cm). Na nie wyrzucam brokuły, kiełbaskę, polewam polewą i posypuję serem. Wstawiam do piekarnika nagrzanego do ok. 200 st. i piekę około 45 minut. Jeśli wierzch rumieni się zbyt wcześnie - można przykryć folią aluminiową lub pergaminem.
Pyszna zarówno na ciepło, jak i na zimno!

P.S. Przepis pochodzi z dodatku do Gazety Wyborczej z 2009 roku pt. "Kuchnia dla oszczędnych" ;-) i tam oryginalnie opisana tarta jest z porami. Wystarczy brokuły zastąpić 3-4 porami - pokrojonymi w talarki i podduszonymi na łyżce oliwy. Reszta składników jak wyżej. Ta wersja jest również fantastyczna!

środa, 5 maja 2010

kurczak po seczuańsku, czyli chińszczyzna dla początkujących



Dziś będzie szybko i treściwie - dokładnie tak, jak przygotowuje się to danie. Idealna propozycja dla oszczędzających czas i pieniądze. ;-) Jest to raczej swobodna wariacja na temat chińskiej kuchni wykorzystująca jej podstawowe składniki, a ja nie mam pojęcia skąd pochodzi przepis, bo sprzedała go mojej mamie koleżanka z pracy już parę ładnych lat temu. :-P Od tego czasu jest stosunkowo częstą pozycją w naszym rodzinnym menu budząc przy tym skrajne uczucia: od najszczerszego uwielbienia przez mojego tatę, po zaskakującą antypatię ze strony mojego brata, który w niewytłumaczalny sposób nie potrafi znieść zapachu smażącego się sosu sojowego. :-P Traktuję to jednak jako wyjątek od reguły, bo ów kurczak jest naprawdę przepyszny!

Składniki: (na 2 porcje)
- 2 piersi kurczaka
- 1-2 cebule
- 3-4 marchewki (zależy od wielkości)
- sos sojowy
- olej, oliwa
- sól, pieprz

Kurczaka kroję na kawałki (kostkę, paseczki) i zalewam sosem sojowym (kilkoma łyżkami). Odstawiam na kilkanaście minut do lodówki. W tym czasie przygotowuję warzywa: cebule (-ę) kroję w piórka, a marchew ścieram na tarce o grubych oczkach (czyste lenistwo :-P w oryginale jest marchewka z słupkach i myślę, że taka ma dużo większe walory estetyczne). Na patelni rozgrzewam dość sporo oleju i gdy jest już bardzo mocno rozgrzany, wrzucam kurczaka wraz z sosem sojowym. Smażę go krótko, często mieszając. Gdy jest miękki, zdejmuję z patelni łyżką cedzakową, a na pozostały rozgrzany tłuszcz wrzucam warzywka. Duszę je pod przykryciem aż do miękkości, podlewając delikatnie wodą - wedle potrzeby. Pod koniec dorzucam ponownie kurczaka, doprawiam pieprzem i jeszcze sosem sojowym (chyba nie ma potrzeby solić). Duszę jeszcze chwilkę "by się przegryzło".
Najlepsze oczywiście z ryżem!

wtorek, 27 kwietnia 2010

spaghetti z oliwkami, czyli danie idealne


Jestem maniaczką oliwek. Nic dodać, nic ująć.
Regularnie przemycam je do rozmaitych sałatek, makaronów, kanapek czy... jajecznicy.
Sama nie wiem jak to się stało, że to dopiero pierwszy przepis na blogu z nimi w roli głównej. ;-)
Pochodzi on również z książki "Tanie potrawy" i szczerze przyznam, że był głównym argumentem, dla którego ją kupiłam! ;-) Pomysł wprost mnie zachwycił, ale długo bałam się skonfrontować moje cudowne wyobrażenie z rzeczywistością. Bałam się, że efekt może być zbyt intensywny w smaku, bo - mimo najszczerszego uczucia do zielonych oliwek - w końcu co za dużo to niezdrowo. :-P Ale podjęłam wyzwanie i...

Składniki:
- pół opakowania makaronu (np. wąskich wstążek lub spaghetti), ja użyłam spaghetti razowego
- 200 g wypestkowanych zielonych oliwek
- 2 ząbki czosnku
- łyżka oliwy z oliwek
- sól, pieprz
- ew. parmezan lub ser parmezanopodobny ;-)

Makaron należy ugotować w dużej ilości wody. Przeciśnięty przez praskę czosnek podsmażyć na oliwie wraz z oliwkami (przez ok. 2 min.), a następnie zmiksować. Pastę doprawić pieprzem i solą (ostrożnie, bo oliwki są słone; ja nie dosalałam w ogóle) i wymieszać z makaronem. Przed podaniem można posypać tartym parmezanem...

...i jest pysznie! :-)
Pasty wychodzi niewiele, więc tylko delikatnie oblepia makaron. Nie dominuje w smaku, a dodaje mu charakteru. Przypuszczam, że można ją również zrobić na zimno - jak pesto (zmiksować bez podsmażania), ale trzeba wtedy zmniejszyć ilość czosnku, by jego smak nie był zbyt intensywny.
Naprawdę fajny pomysł na szybki i lekki obiad.

A teraz dwa słowa o oliwkach w ogóle. Na zdjęciu poniżej moja absolutnie ulubiona marka. Jest w nich coś zupełnie innego niż w jakichkolwiek innych oliwkach jakie znam, czego zupełnie nie potrafię określić. Niecierpliwie i namiętnie wyławiam je palcami wprost z puszki, zanim jeszcze zdążą trafić do jakiegokolwiek dania. ;-) Tak zajadałam się jeszcze tylko oliwkami prosto z Hiszpanii, które swego czasu przywoziła ze sobą ciocia Marysia (pozdrawiam! :-)).
Te akurat nadziewane są szynką parmeńską, bywają też z niebieskim serem oraz anchois. Co jednak najbardziej frustrujące, nie spotkałam ich jeszcze nigdzie poza jednym małym sklepikiem w Leżajsku! Całe te uginające się półki w wielkomiejskich hipermarketach są nic nie warte... więc ilekroć wracam do Krakowa, dźwigam ze sobą kilka puszeczek. :-)
Bo nie mają sobie równych!
Szczerze polecam.


sobota, 17 kwietnia 2010

kurczak kokosowo - imbirowy, czyli prawdziwy orient express


Uff... pracowita sobota za nami. Dzień pełen działań organizacyjno-gospodarczych, prób uporządkowania najbliższej przestrzeni osobistej - czyli naszego skromnego mieszkania. ;-) Niby mieszkamy w nim już od dwóch miesięcy, ale nadal jest kilka tematów do ogarnięcia, by móc poczuć się już zupełnie komfortowo.
W związku z powyższym nie miałam dziś czasu ani głowy do dłuższych kulinarnych medytacji, tym bardziej, że to kuchnia właśnie była głównym polem naszych działań remontowych. ;-) Dlatego kiedy przyszła pora późnej obiado-kolacji sięgnęłam po dawno upatrzony przepis na danie, którego przygotowanie wymaga naprawdę minimalnego wysiłku.

Składniki: (na 2 porcje)

- podwójny filet z kurczaka
- 1 duży kawałek świeżego imbiru (cokolwiek to znaczy :-P w oryginalnym przepisie ok. 40 g)
- 1-2 ząbki czosnku
- 1 pęczek dymki
- 1-2 łyżki oliwy
- ok. 200 ml niesłodzonego mleczka kokosowego
- sól, pieprz

Filet należy pokroić na małe kawałki, podobnie dymki. Imbir i czosnek obrać i drobniutko posiekać. Na rozgrzanej oliwie podsmażyć mięso na złoty kolor. Dodać imbir, czosnek oraz dymkę i podsmażać jeszcze chwilę, często mieszając. Następne wlać mleczko kokosowe. Całość zagotować, posolić i popieprzyć. Podawać z ryżem.

Przepis pochodzi z książki "Tanie potrawy - książka kucharska da oszczędnych" Katariny Schikling, którą nabyłam spontanicznie pewnego wiosennego dnia włócząc się z przyjaciółką po Krakowie. Mam pewne zastrzeżenia co do zasadności tytułu, ale książka jest pełna naprawdę ciekawych pomysłów, które na pewno wypróbuję. I opiszę. :-)

P.S. Wybaczcie kiepskie zdjęcie, ale - jak już wspominałam - wszystko działo się dziś w tempie ekspresowym. Tym trudniej było się skupić na fotografowaniu, że kurczak pachniał tak pięknie i ciężko było walczyć z żądzą natychmiastowego pochłonięcia go. Tak też uczyniliśmy. ;-D
W przeciwieństwie do zupy marchewkowej, ten przepis z pewnością wejdzie na stałe do naszego menu. Z miejsca zakochałam się w mleczku kokosowym (używałam go pierwszy raz w życiu), a imbir... no cóż, rządzi i już! :-D
Efekt bezbłędny! I obłędny! Gorąco polecam.

P.S.2 A porcja ma podobno jedyne 240 kcal!

czwartek, 15 kwietnia 2010

zupa marchewkowo-pomarańczowa, czyli znów eksperymentuję




Poddałam się. Po raz kolejny. Porzuciłam dietę kopenhaską w 3 dniu :-P Niby nie było tak źle, nie czułam jakiegoś przeraźliwego głodu. Picie dużej ilości płynów naprawdę pomagało. Najgorzej jednak było gdy przychodziła pora posiłków. Mimo ssania w żołądku czułam prawdziwą niechęć do tego, co miałam na talerzu. A wizja podobnie wyglądających następnych 13 dni napawała prawdziwym przerażeniem. Bo najgorsza jest w tym wszystkim monotonia.
Za to w mojej wyobraźni feeria smaków, zapachów i kolorów; miałam fantazje kulinarne jak nigdy dotąd! ;-) W głowie gorączkowo zapisywałam pomysły na nowe dania, jakie koniecznie wypróbuję, kiedy "już będę mogła". Marzenia te boleśnie dość ścierały się z rzeczywistością, więc moja depresja się tylko pogłębiała.
A nie tak miało być! Miałam poprawić swoją formę, a nie fundować sobie epizod depresyjnych zaburzeń zachowania, których ofiarą powoli stawał się biedny, bogu ducha winny, Jędrek. :-P
Poddałam się więc. A może właśnie zawalczyłam? ;-) To drugie słowo lepiej chyba określa bunt, który się we mnie zrodził :-P Niestety, mam wyraźnie naturę hedonistki i bez małych, codziennych przyjemności moje życie traci smak. Dosłownie! ;-)
Co nie znaczy, że nie mogę nadal próbować się zdrowo i niskokalorycznie odżywiać. Wszystkie zbyt obciążające przepisy nadal są odsunięte na bok. Desperacko potrzebuję jednak intensywnych aromatów, zmiennych faktur, zaskakujących połączeń by właściwie funkcjonować - i w kuchni i poza nią.
Na pierwszy rzut realizacji moich kulinarnych marzeń poszła więc zupa marchewkowo-pomarańczowa z imbirem. Czytałam o niej wielokrotnie i fascynowała mnie już od dłuższego czasu, poczynając od opisów Marty Gessler w Wysokich Obcasach. Przepis ten jest fuzją jej przepisu oraz tego opublikowanego przez miesięcznik Kuchnia na Ugotuj.to.


Składniki:

  • 2 łyżki oliwy
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 duża cebula
  • 4-6 marchewek
  • kawałek imbiru (ok. 2-3 cm)
  • 2 duże pomarańcze (z jednej połówki ścieram skórkę + z obydwu owoców wyciskam sok)
  • 700 ml bulionu warzywnego (może być z kostki)
  • sól i pieprz
  • świeża kolendra
W garnku rozgrzewam oliwę i podsmażam posiekaną cebulę z przeciśniętym przez praskę czosnkiem. Dodaję posiekany imbir oraz marchew (startą lub pokrojoną w kostkę), smażę jeszcze chwilkę. Wlewam sok z pomarańczy, bulion i gotuję aż warzywa będą miękkie. Miksuję zupę, dodaję skórkę z pomarańczy, sól i pieprz do smaku. Gotuję jeszcze parę minut. Podaję posypaną kolendrą.

Przygotowywanie tej zupy było prawdziwą frajdą, czując zapach świeżego imbiru wpadłam prawie w euforię! Bo pachnie nieziemsko :-) Prawdziwie dopieściłam zmysły podgryzając też chrupką marchew czy oblizując palce ze słodkiego soku z pomarańczy...
A efekt końcowy?
No cóż, kontrowersyjny ;-) Zupa wyszła trochę gęsta, ale to nie problem - zawsze można dolać wody. Przesadziłam chyba jednak zbytnio ze skórką pomarańczową :-P Radzę więc na to uważać ;-) Poza tym jednak sprawdza się całkiem dobrze w roli rozgrzewacza - także za sprawą pikantności imbiru i cudownego słonecznego koloru.
Zachęcam do indywidualnych eksperymentów z owym wynalazkiem. :-)

A na pożegnanie - przesłanie! Bo przecież nie byłabym sobą... ;-D

wtorek, 13 kwietnia 2010

zupa ogórkowa, czyli jak zdobyłam serce J.


Zimno, mokro, buro i tak smutno dokoła ostatnimi dniami...
Wiosna chwilowo się ukrywa.
Czas więc na powrót sięgnąć do zimowych rozwiązań. Na smutki: moja popisowa zupa (której nauczyłam się od mamy :-)). Skutecznie rozgrzewa i doładowuje - tak energetycznie jak i emocjonalnie.
A w tle radosne mruczenie Jędrka. Jeszcze przyjemniejsze :-)
Smacznego!

Składniki:

- ok. 2 litry zimnej wody
- 2 kostki bulionowe
- udko kurczaka (mogą być inne części, ale z udka jest więcej mięska ;-))
- kilka ziemniaków
- 2 marchewki
- kilka ogórków kiszonych
- łyżka masła
- pół kubka śmietany (18%)
- sól, pieprz do smaku
- koperek

Najpierw gotuję udko z kostkami bulionowymi, aż będzie miękkie. Jak się ugotuje, wyjmuję je z garnka, a wrzucam ziemniaki pokrojone w kostkę i marchewkę w talarki. Kiedy te są miękkie, dodaję ogórki - wcześniej starte na tarce o grubych oczkach i podsmażone na maśle, aż cała woda odparuje. Nie potrafię podać i dokładnej ilości - zawsze robię to "na oko". Jeśli zupa jest za mało kwaśna to dolewam do niej trochę wody ze słoika z ogórkami. Uważajcie tylko, żeby nie przedobrzyć :-P Potem pozostaje tylko dodać ugotowane wcześniej mięsko obrane z kości i skóry, i pokrojone na kawałeczki, a następnie zabielić zupę śmietaną. Na końcu konieczne posypać posiekanym koperkiem!
Ot, cała magia ;-)

Rada: do zup i sosów fantastycznie sprawdza się koperek mrożony. Sposobem babci siekam świeży i układam w słoiczku, który potem wkładam do zamrażalnika. Babcia jeszcze go soli, ale ja nie widzę takiej potrzeby. Tak samo postępuję z pietruszką. Pięknie zachowują kolor i wszystkie walory smakowe, a ja mam je zawsze pod ręką.