Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pozytywnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pozytywnie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 14 października 2012
ciasto z jabłkami i żurawiną, czyli... krótko i na temat
Idealne. Nie dość, że pyszne, to jeszcze zupełnie nie ma w nim tłuszczu.
Jest ciasto, jest dobrze - jak mawiał poeta.
Przepis stąd (z moimi zmianami).
Składniki:
- 3 duże jabłka
- 100 g świeżej (lub mrożonej) żurawiny
- 1 jajko
- 1 szkl. mąki
- 1/2 szkl. cukru (+ 2 łyżki do posypania)
- 2 łyżki mleka (i ciut jeśli nadal jest gęsto)
- 50 g migdałów w płatkach
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1/2 łyżeczki cynamonu
- 1/2 łyżeczki kardamonu
- szczypta soli
Jabłka obrać, pokroić na plastry. Wszystkie składniki ciasta wymieszać (wystarczy łyżką), dodać jabłka i część migdałów. Przełożyć do małej tortownicy (22 cm) wyścielonej papierem do pieczenia. Wierzch posypać żurawinami i resztą migdałów. Ciasto piec w temp. 200 st. C przez ok. 50 minut (do tzw. "suchego patyczka"). Przed podaniem wierzch posypać cukrem.
niedziela, 23 września 2012
łosoś po tajsku z salsą z mango czyli nuta egzotyki na co dzień
Parafrazując tytuł pewnego uroczego programu kulinarnego (piosenka z czołówki rozczula mnie w niewytłumaczalny sposób :-P), dziś w porze obiadu zapraszam w egzotyczną podróż.
Przepisy zostały znalezione w sieci jakiś czas temu, niestety nie zapisałam źródła...
Łosoś po tajsku
Składniki:
- 2 dzwonka/porcje filetu z łososia
- 2-3 łyżki sosu sojowego
- sok wyciśnięty z 1/2 limonki
- 2 łyżeczki miodu
- szczypta płatków chilli (opcjonalnie)
- 2 łyżki oleju
- ok. 1 łyżeczki świeżo startego imbiru
Wszystkie składniki marynaty wymieszać i umieścić w niej łososia. Całość wstawić na min. 1 godzinę do lodówki. Rybę smażyć na rozgrzanej patelni póki nie utworzy się na niej brązowa skorupka.
Salsa z mango
Składniki:
- 1 mango
- 1 awokado
- 1 mała czerwona cebula
- 1 czerwona papryka
- 1 papryczka chilli
- sok z 1/2 limonki
- sól, pieprz do smaku
- kolendra (w oryginalnym przepisie) lub mięta (u mnie)
Wszystkie składniki pokroić wedle uznania (cebulę i chilli raczej drobno), wymieszać. Podawać natychmiast, póki awokado nie ściemnieje.
Salsa fantastycznie pasuje do łososia, bardzo ożywia całe danie.
Całość podałam z brązowym ryżem.
A na niedzielną popołudniową sjestę...
niedziela, 3 lipca 2011
pesto rosso, czyli coś optymistycznego

No cóż, lato znów zawodzi. Słoneczna deprywacja po raz kolejny odbija się na moim zdrowiu psychicznym. W dzisiejszym odcinku z serii: Efektywne Metody Autoterapii - czerwone pesto.
Składniki:
- suszone pomidory w oliwie (ok. 100 g)
- garść orzeszków piniowych (lub innych dowolnych orzechów albo pestek - dla mniej ortodoksyjnych; ja użyłam podprażonych na suchej patelni pestek słonecznika)
- ząbek czosnku
- taty parmezan
- oliwa (najlepiej ta, w której zanurzone były pomidory)
Wszystkie powyższe składniki zmiksować na pożądaną konsystencję (ja lubię niezbyt dokładnie). W trakcie miksowania powoli dolewać oliwę.
Zjadać z dowolnymi dodatkami. :-)

Sama najpierw wymieszałam pesto z pełnoziarnistym penne - w ramach obiadu, a później pozostałość zjadłam na tostach, z zieloną sałatą i świeżym pomidorem.
Zachwycił mnie też wyszperany w internecie pomysł Agnieszki Kręglickiej na posmarowanie czerwonym pesto podpieczonego wcześniej sera camembert (...i już zobaczyłam siebie, jak maczam w tym cudzie bagietkę!), ale tą bombę kaloryczną zostawię sobie na inne, może jeszcze trudniejsze chwile. ;-)
niedziela, 12 czerwca 2011
risotto w wersji podstawowej, czyli suma prostych przyjemności

"Przede wszystkim trzeba mieć świadomość, że życie jest zbyt krótkie, by czytać złe książki, słuchać złej muzyki, jeść i pić złe rzeczy. Wielcy szefowie kuchni powiedzą pewnie, że gotowanie daje szczęście, ale przyznam, że ja zdecydowanie wolę jeść. Gama odczuć - nie tylko zmysłowych, ale wręcz fizycznych - jest wtedy podobna do tej, gdy oglądam zachód słońca nad Dubrownikiem lub słucham Mozarta czy Coltrane'a. To nie zdarza się często, ale przecież nie może często się zdarzać. Warto uświadomić sobie, że życie składa się z prostych radości. (...)"
Robert Makłowicz, "Jak dobrze i szczęśliwie żyć", Przekrój, nr 6 (3424)
Samotne, niedzielne popołudnie. Niespiesznie popijany kieliszek białego wina. Zapach maślanej cebulki i ciepło buchające od palnika. W tle "Frank" Amy Winehouse.
Moja interpretacja definicji szczęścia.
Jest dobrze. :-)
Składniki:
- 250g ryżu do risotto (Arborio lub Carnaroli)
- 50g masła
- 1 litr bulionu drobiowego lub warzywnego
- 1 cebula, drobno posiekana
- 1 kieliszek (ok. 100 ml) wytrawnego białego wina
- parmezan
- świeżo starty czarny pieprz
ewentualnie:
- szczypta szafranu
- dowolne dodatki: szparagi, grzyby, owoce morza, rozmaite warzywa i zioła
W płaskim, szerokim rondlu roztopić masło. Dodać cebulę i mieszać, aż do zeszklenia. Dodać suchy ryż i mieszać, aż stanie się przezroczysty. Wlać wino i poczekać, aż odparuje. Następnie dodać chochlę gorącego bulionu. Mieszać od czasu do czasu, dopóki ryż nie wchłonie całego płynu. Dopiero wtedy wlać kolejną porcję. Podobnie postępować z resztą bulionu, stopniowo, pilnując mieszania.
Risotto gotujemy ok. 25-30 minut, aby osiągnęło aksamitną konsystencję. Wybrane dodatki wrzucamy pod koniec gotowania. Przed podaniem koniecznie posypać parmezanem.
czwartek, 12 maja 2011
muffiny dla teściowej czyli Aniulla ekspresowo

Dzisiejszy wpis to bardziej pomysł niż przepis, ekspresowy jak samo wykonanie.
O muffinach pisałam już wielokrotnie, przepis podstawowy na czekoladowe ciasto możecie znaleźć np. tu (w tej sytuacji pomijacie oczywiście śliwki i piernikową przyprawę ;-)).
Reszta zaklęcia to polewa ze stopionej białej czekolady (rozpuszczonej koniecznie w kąpieli wodnej!) oraz połówka truskawki na czubku.
Całość można wyczarować w popołudniową godzinkę, po powrocie z pracy, i z dumą zanieść przewzruszonej już-prawie-tuż-tuż-teściowej na urodzinową herbatkę jeszcze tego samego wieczoru. Ogrom wywołanej radości jest niewspółmierny do włożonego wysiłku. Warto. :-)

Inspiracja: bliżej nieokreślony program na Kuchnia.tv widziany już dobrą chwilę temu.
środa, 4 maja 2011
szparagi pieczone w szynce, czyli witaj maj!

No dobra. Jest w nich coś. W tym roku wyjątkowo mi smakują!
Wiem, że gdzieś w Polsce pada śnieg (czy nawet już w Wolbromiu!:-P) i jest odrobinę zbyt zimno jak na maj. Jednak kilka popołudniowych promyków słońca tuż po wyjściu z pracy i drobne zakupy pod Halą Targową (pęczek zielonych szparagów, rabarbar, młode ziemniaczki i pomidory malinowe) zdecydowanie wystarczyły mi dziś do szczęścia. :-D
Wiosna była na talerzu.
Po raz kolejny inspirując się pomysłami Asi stworzyłam szybki i... wzruszający (mnie!) obiad. ;-)
Składniki:
- 14 zielonych szparagów
- 1 łyżka oliwy z oliwek
- 7 plasterków szynki parmeńskiej (lub innej szynki suszonej)
- tarty parmezan (ja pominęłam)
- listki świeżej bazylii
Dressing balsamiczny: (robiłam z połowy porcji)
- 6 łyżek dobrego octu balsamicznego
- 5 łyżek oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia
- 1 łyżka soku z cytryny
- 1 łyżeczka cukru
- 2 łyżeczki świeżo zmielonego czarnego pieprzu
Szparagom odłamać zdrewniałe końce i wyrzucić. Łodygi obrać na 1/4 wysokości od dołu, opłukać i osuszyć papierowym ręcznikiem. Wysmarować oliwą z oliwek i zawinąć ciasno w połowę plasterka szynki parmeńskiej.
Ułożyć w naczyniu żaroodpornym i piec przez około 15-20 minut obracając od czasu do czasu, aż szynka się zrumieni, a szparagi lekko zmiękną.
Przygotować dressing balsamiczny łącząc wszystkie składniki w słoiczku, potrząsając nim. Szparagi ułożyć na talerzach, polać dressingiem balsamicznym i posypać tartym parmezanem (niekoniecznie jak dla mnie) oraz, koniecznie!, posiekaną bazylią!
Tak przyrządzone szparagi są raczej lekką przekąską niż samodzielnym daniem, więc podałam je z ziemniakami pieczonymi z rozmarynem oraz sałatką z pomidorów.
(Najprostsza na świecie, najulubieńsza taty: Pokrojone w plasterki pomidory oprószyć delikatnie solą i obficie pieprzem, do tego drobno posiekana cebulka, oliwa i kilka kropli octu winnego).

Natomiast pozostałe resztki utworzyły cudowną sałatkę, pyszną i na zimno, i na ciepło. (Tu też koniecznie pamiętajcie o bazylii i dressingu!)

:-)
niedziela, 1 maja 2011
śliwka, marcepan i czekolada, czyli wielkanocne reminiscencje

Znów zaniedbałam bloga. Mój mały głód urósł już chyba do niebotycznych rozmiarów... ;-) Cóż, trochę się działo, ale już wszystko pod kontrolą. Względną.
Stęskniona wracam z pomysłem na świąteczny mazurek, który - mówiąc nieskromnie - był tak fantastyczny, że nie zamierzam odkładać go na kolejny rok. Wystarczy zmienić tylko formę na ciasto i z tego samego przepisu powstanie obłędna tarta. :-)
Spód i kompozycja składników zaczerpnięta została od Komarki , ostateczne wykonanie jest jednak inwencją własną.
Zapraszam!
Mazurek vel Tarta "śliwka w czekoladzie"
kruche ciasto na spód:
- 125 g mąki pszennej,
- 125 g mąki krupczatki,
- 125 g masła,
- 1/2 łyżeczki soli,
- 1 jajko,
- 2 łyżeczki cukru pudru,
nadzienie:
- mały słoiczek powideł śliwkowych
- 150-200 g suszonych śliwek
- ok. 2 łyżki wódki (lub innego alkoholu)
masa marcepanowa:
- 125 ml wody
- 250 g cukru
- 250 g migdałów bez skórki - zmielonych
- sok z cytryny
polewa czekoladowa:
- 1 łyżka masła
- 1 łyżka cukru
- 1 łyżka kakao
- 1 łyżka mleka lub wody
do posypania:
- 50 g płatków migdałowych
Ze składników na ciasto szybko zagnieść gładką masę, uformować kulę i włożyć do lodówki na około 1/2-1 godziny. Rozwałkować i ułożyć w blaszce albo formie do tarty. Piec w piekarniku rozgrzanym wcześniej do temperatury 200 stopni około 15 minut, aż ciasto lekko się zarumieni. Ostudzić.
Do rondelka wlać wodę i cukier. Gotować na małym ogniu, aż powstanie syrop. Gdy przestygnie, utrzeć go z migdałami i sokiem z cytryny. Masę wyłożyć na przestudzony spód.
Na masę marcepanową wyłożyć powidło śliwkowe oraz suszone śliwki (pokrojone wcześniej w paseczki i namoczone w alkoholu).
Wszystkie składniki na polewę czekoladową włożyć do rondelka i rozpuścić na małym ogniu, nieustannie mieszając. Nie dopuścić do zagotowania!
Gorącą polewą polać mazurek/tartę i posypać uprażonymi płatkami migdałów.

P.S.1. Przepis wydaje się być czasochłonny, głownie ze względu na zabawę z masą marcepanową, ale można sobie znacznie ułatwić życie kupując gotowy marcepan.
P.S.2. Polewa czekoladowa pochodzi z zeszytu mojej babci i nieraz ratowała mnie w sytuacjach kryzysowych. Przepis jest bardzo prosty, a składniki zawsze dostępne w każdej kuchni. Polecam go więc szczególnej uwadze czytających. ;-)
Pozdrawiam też tym samym babcię Marysię, która w dzieciństwie śpiewała mi na dobranoc pewną kołysankę, a której nie mogę teraz przestać nucić!
"z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana..."
W gruncie rzeczy obecnie słucham podobnych w klimacie kołysanek. ;-)
niedziela, 6 marca 2011
kremowy sernik z sosem truskawkowym, czyli odświętnie na co dzień

Będzie krótko. Bez zbędnych komentarzy. Bo sernik naprawdę jest IDEALNY.
(Taką nazwę – totalnie zasłużenie! - nosi na Kwestii Smaku, skąd pochodzi przepis).
Upiekłam go na środę, w związku z pewną ważną dla nas okazją. Od tego czasu aż do soboty (czytaj: do ostatniego okruszka) nieprzerwanie trwała nasza niedziela. :- ) Nieskończenie dobra.
Przepis podaję ze swoimi zmianami. Zrezygnowałam ze śmietanowego wierzchu, dodałam za to ciasteczkowy spód. Bałam się, że aromat waniliowy nie będzie wystarczająco wyczuwalny, więc postawiłam dodatkowo na delikatną nutę cytrynową.
Było pysznie.
Składniki:
- 200 g herbatników
- 170 g masła, roztopionego
- 1 kg sera śmietankowego na sernik (podobno najlepszy z Piątnicy; ja użyłam President, który nie jest polecany przez Asię, ale w rezultacie dał radę… choć pewnie mogłoby być lepiej :- ))
- 1 szklanka drobnego cukru (aromatyzowanego prawdziwą wanilią)
- 3 łyżki mąki pszennej
- 5 jajek
- 125 ml (1/2 szklanki) śmietanki kremówki 30%
- skórka otarta z jednej cytryny
- garść mrożonych truskawek
- 3 łyżki dżemu truskawkowego
Wszystkie składniki na sernik należy wyjąć z lodówki odpowiednio wcześniej i ocieplić do temperatury pokojowej - to bardzo ważne, masa serowa będzie stabilnie się piekła, nie będzie się podnosić i sernik nie popęka. To działa! ;-)
Formę z odpinaną obręczą o średnicy 23-25 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Herbatniki dokładnie pokruszyć na piasek (np. włożyć do woreczka foliowego i potłuc tłuczkiem). Wymieszać z roztopionym masłem. Masą wyłożyć dno przygotowanej tortownicy. Wstawić do lodówki. Piekarnik nagrzać do 175 stopni. Do misy miksera włożyć ser, cukier i mąkę. Miksować na średnich obrotach, aż masa będzie gładka i jednolita przez około 2 minuty. Następnie dodawać po jednym jajku, miksując na średnich obrotach przez około 30 sekund po każdym. Dodać śmietankę kremową, wanilię i zmiksować na małych obrotach do połączenia się składników. Masę wylać do przygotowanej formy, wstawić do środkowej części nagrzanego piekarnika. Piec przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 120 stopni i piec przez kolejne 50-105 minut, do czasu aż masa serowa się zetnie (środek może pozostać nieco luźniejszy).
Gotowy sernik wyjąć z piekarnika i ostudzić. Gdy będzie całkowicie wystudzony, wstawić do lodówki na całą noc. Podawać z owocami lub sosem owocowym, np. truskawkowym (truskawki zmiksowane z dżemem). Sos jest świetny również na ciepło!
wtorek, 1 marca 2011
zupa z soczewicą, imbirem i curry, czyli słońce w kubku w kopki

Zawsze obsesyjnie czekam na 1 marca. W moim prywatnym przeżywaniu jest to upragniony początek wiosny i nic nie jest w stanie tego zmienić. Nawet kapryśna aura. W końcu „w marcu jak w garncu”, prawda? ;-) Zima idzie wreszcie w totalne zapomnienie. Od teraz nawet zawieje śnieżne są już tylko pogodową fanaberią! Co najważniejsze: przejściową.
Tak, zmiana nazewnictwa robi mi wielką różnicę.
Nie, wyparcie nie jest dojrzałym mechanizmem obronnym. Ale skutecznym. ;-)
Zaklinając słońce ugotowałam dziś słoneczną zupę. Przy uchylonym oknie. Spoglądając na uśmiechające się do mnie ukochane tulipany. Pierwsze w tym roku.
Podziałało. :-D
„I’m waiting for spring to come to my kingdom…”
Przepis Pascala z forum Cin Cin
Składniki:
- 1 cebula
- 2-3 ząbki czosnku
- 1-2 łyżeczki curry w proszku
- 1 łyżeczka imbiru w proszku (u mnie świeży, drobniutko posiekany)
- 1 papryczka chilli (pominęłam, dla mnie zupa jest wystarczająco pikantna)
- 1 litr bulionu
- 1 kubek czerwonej soczewicy
- 1 puszka mleka kokosowego
- oliwa
- sól
- pieprz cytrynowy (dodałam czarny, obficie za to pozwoliłam sobie z samą cytryną)
- liść laurowy
- 1 cytryna lub limonka (ja użyłam skórki otartej z cytryny i soku wyciśniętego z połowy owocu)
- sok z 1/2 pomarańczy
Czosnek i cebulę posiekać i zeszklić na oliwie. Dodać curry, imbir, listek laurowy i chilli. Wsypać soczewicę. Wymieszać. Zalać bulionem. Dodać sok z cytryny i pomarańczy, skórkę cytrynową. Doprawić solą i pierzem. Gotować aż soczewica zmięknie. Przed podaniem wlać mleko kokosowe, zagotować.
czwartek, 17 lutego 2011
ciasto czekoladowe z burakiem, czyli o tym, jak liczy się wnętrze

Pomysł urzekł mnie już dawno w programie "Cook yourself thin".
Przepis znalazłam ostatnio u Polki .
Temat wcieliłam w życie w miniony weekend.
Powtórzę w nadchodzący. :-)
Ciasto jest przepyszne! Obłędnie czekoladowe. Dzięki dodatkowi buraka cudownie wilgotne. Za sprawą minimalnego dodatku cukru i białej mąki oszczędzamy sobie zbędnych kalorii. Natomiast wysokoprocentowa czekolada to czysta pozytywna energia.
Czego chcieć więcej od deseru? ;-)
Składniki:
- 250g gorzkiej czekolady (użyłam dwóch tabliczek 90%, po 100g każda)
- 3 jajka
- 200g cukru (użyłam białego, aromatyzowanego laską wanilii)
- 100ml oleju słonecznikowego
- 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (opcjonalne, ja pominęłam ze względu na cukier)
- 100g mąki pszennej
- 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
- 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 50g mielonych migdałów
- 250g surowych buraków
Czekoladę połamać na kawałki i rozpuścić w kąpieli wodnej. Odstawić na chwilę, by lekko przestygła. Jaja ubić z cukrem, stopniowo dolewać olej. Następnie delikatnie wymieszać masę z mąką (połączoną wcześniej z proszkiem i sodą), ekstraktem waniliowym i mielonymi migdałami. Dodać obrane i starte na tarce buraki (nie odciskałam soku) oraz stopioną czekoladę. Wymieszać. Przełożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia (małej tortownicy - ok. 20 cm lub keksówki). Piec w 180 st. przez ok. 50-60 min. do tzw. "suchego patyczka".
Po ostudzeniu można polać dowolną polewą.
Ja zajadałam się ciastem "bez niczego", Jędrkowi podałam zaś wersję "na bogato" - z gorącym sosem czekoladowym (pół tabliczki czekolady deserowej rozgrzane z 2 łyżami mleka kokosowego), konfiturą z wiśni i płatkami migdałów.
Uwaga: przy drugiej opcji nie da się zjeść więcej niż jednej porcji na raz! Ale też jest fajnie. ;-)

środa, 12 stycznia 2011
zupa z soczewicy, czyli ciepło, cieplej...

Jak ja nie lubię zimy! Szczególnie tej burej, mglistej, miejskiej, pełnej topniejącego, brudnego śniegu i wyłaniających się spod niego wątpliwej przyjemności "niespodzianek"... brrr... zgroza.
Gotuję gar przepysznej, sycącej, intensywnej w smaku i barwie zupy.
I znów jest dobrze. Ciepło. Bezpiecznie.
Przynajmniej przez kolejne dwa dni. :-)
Przepis pochodzi ze strony Ani , która przytacza go za Agnieszką Kręglicką.
Składniki:
- 200-250 g zielonej soczewicy
- 2 puszki pomidorów
- ok. 4 łyżki oliwy
- 2 marchewki pokrojone w kostkę
- 2 cebule pokrojone w kostkę
- 2 posiekane/przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku
- 1 litr wody/bulionu
- 1 listek laurowy
- oregano
- sól i pieprz
- (2 łyżeczki octu z czerwonego wina - opcjonalnie, ja nie dodaję)
- szczypta cukru
Czosnek i cebulę podsmażyć na oliwie. Dodać marchewkę i listek laurowy, chwilę przesmażyć. Następnie dodać opłukaną soczewicę i zalać 1 litrem wody/bulionu. Gotować, aż soczewica zmięknie. Następnie dodać pomidory i pozostałe przyprawy. Gotować kolejny kwadrans. Ewentualnie doprawić odrobiną cukru, gdyby pomidory okazały się zbyt kwaśne.
Można podawać z pieczywem.
Smacznego!
wtorek, 14 grudnia 2010
śledzie! czyli fuzja świąteczna
Święta, święta... już za pasem. Ja natomiast chciałabym przywołać jeszcze klimat andrzejkowy. Wiem, jest to temat już mocno po terminie... W przeciwieństwie do tematu obecnego posta, który wdzięcznie łączy obydwie okazje. ;-)
Jestem bowiem pewna, że śledzie na dwa pyszne sposoby, które były hitem naszej andrzejkowej domówki w klimacie PRL, uświetnią także każde przed- i świąteczne spotkanie.
W końcu jest to ryba o tradycji tak głęboko zakorzenionej w naszej kulturze, że odnajduje się w każdej scenerii: i bywa postna, i lubi pływać. ;-)
Wszystkiego smacznego!

Śledzie czerwone:
- płaty śledziowe (u mnie matjasy moczone wcześniej przez kilka godzin w mleku, by złagodzić trochę ich "słoność")
- kilka cebul (ok. 2)
- kilka marchewek (3-4)
- puszka pomidorów
- oliwa
- sól
- pieprz
- oregano
- cukier
Marchewkę pokroić w kostkę i ugotować w małej ilości wody. Posiekaną cebulę poddusić na odrobinie oliwy, dodać marchewkę i pomidory, i jeszcze chwilę dusić. Doprawić do smaku. Zimnym sosem polać śledzie na półmisku.

Śledzie białe:
- płaty śledziowe (jak wyżej)
- kilka jabłek winnych - w kostkę
- duża cebula - drobno posiekana
- majonez
- jogurt
- sól
- pieprz
Wszystkie składniki białego sosu wymieszać, polać po śledziach na półmisku.
No pycha, no!
P.S. Wpis ten dedykuję cioci Marysi i wujkowi Jackowi (od których mam ten przepis), dziękując jednocześnie za godną podziwu i wzruszającą regularność w odwiedzaniu mojego bloga. :-) Pozdrawiam Was serdecznie!
Jestem bowiem pewna, że śledzie na dwa pyszne sposoby, które były hitem naszej andrzejkowej domówki w klimacie PRL, uświetnią także każde przed- i świąteczne spotkanie.
W końcu jest to ryba o tradycji tak głęboko zakorzenionej w naszej kulturze, że odnajduje się w każdej scenerii: i bywa postna, i lubi pływać. ;-)
Wszystkiego smacznego!

Śledzie czerwone:
- płaty śledziowe (u mnie matjasy moczone wcześniej przez kilka godzin w mleku, by złagodzić trochę ich "słoność")
- kilka cebul (ok. 2)
- kilka marchewek (3-4)
- puszka pomidorów
- oliwa
- sól
- pieprz
- oregano
- cukier
Marchewkę pokroić w kostkę i ugotować w małej ilości wody. Posiekaną cebulę poddusić na odrobinie oliwy, dodać marchewkę i pomidory, i jeszcze chwilę dusić. Doprawić do smaku. Zimnym sosem polać śledzie na półmisku.

Śledzie białe:
- płaty śledziowe (jak wyżej)
- kilka jabłek winnych - w kostkę
- duża cebula - drobno posiekana
- majonez
- jogurt
- sól
- pieprz
Wszystkie składniki białego sosu wymieszać, polać po śledziach na półmisku.
No pycha, no!
P.S. Wpis ten dedykuję cioci Marysi i wujkowi Jackowi (od których mam ten przepis), dziękując jednocześnie za godną podziwu i wzruszającą regularność w odwiedzaniu mojego bloga. :-) Pozdrawiam Was serdecznie!
wtorek, 12 października 2010
soczewica po indyjsku, czyli brzydkie, a dobre ;-)

Oto kolejna odsłona wspomnień na temat studenckiego jedzenia. Swego czasu hit imprezowy. Później szybki pomysł na pożywny i rozgrzewający obiad. W sam raz na jesiennie dni. :-)
Składniki:
- 1 szklanka zielonej soczewicy
- 2 szklanki wody
- 1 cebula
- 1 winne jabłko
- pół kubeczka kwaśnej śmietany (18%)
- curry
- sól, pieprz
- oliwa
Soczewicę przepłukać i gotować na małym ogniu, pod przykryciem, aż wchłonie całą wodę. Cebulę posiekać i zeszklić na oliwie. Dodać do soczewicy. Potem jabłko starte na tarce i śmietanę. Doprawić solą, pieprzem i curry (obficie :-)). Podusić jeszcze chwilę by wszystko się "przegryzło".
Zajadać z dowolnymi dodatkami.
Uwielbiam. :-)
czwartek, 15 lipca 2010
żeberka i witaminy, czyli o dużej piłce, ważnych ludziach, złych kilometrach i dobrych wspomnieniach
Co człowiek je, tym je * - powiedział poeta. A na pewno je tym, kogo spotka. ;-)
Wielu z moich ulubionych przepisów, które na stałe weszły do codziennego jadłospisu nauczyłam się od osób poznanych na różnych etapach mojego życia. Te są najcenniejsze, bo przywołują wspomnienia o nich, o wspólnie przeżytych (i przeżutych też! :-P) cudownych chwilach.
Tematy dzisiejszego wpisu to owoce znajomości z niesamowitą, jedyną i niepowtarzalną osobą, którą poznałam podczas studiów w Lublinie - Oli. Jestem totalną fanką jej barwnej osobowości, ognistego temperamentu i, co oczywiste, prze-pomysłowej kuchni. :-) Sprawiła, że pokochałam soczewicę... (o tym już niedługo, obiecuję) a jej pomysł na żeberka był pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy w sobotnie popołudnie gdy okazało się, że urządzamy u nas niedzielny wieczór piłkarski. Banda fanów futbolu, która schodzi się do naszego mieszkania na wspólne oglądanie finału Mistrzostw Świata stanowi nie lada wyzwanie, przyznajcie. ;-)
Oto opowieść o tym, jak dzięki magii wspomnień i płynącej z nich inspiracji udźwignęłam powagę chwili... ;-)
Żeberka po kawalersku
Składniki:
- 2 kg żeberek
- 4 cebule
- 3 łyżki miodu
- 2 butelki ketchupu (koniecznie pikantnego)
Żeberka solimy i obsmażamy aż się zrumienią. Układamy w żaroodpornym naczyniu. Na pozostałym tłuszczu podsmażamy pokrojoną w piórka cebulę. Wykładamy ją na żeberka i polewamy ketchupem wymieszanym uprzednio z miodem. Pieczemy w 180-200 st. około 1,5 do 2 godzin (warto próbować w trakcie by wyczuć właściwy moment).

Przepis jest błyskawiczny i bajecznie prosty. Aż trudno uwierzyć, że ma to sens. :-P W końcu sama jestem zwolenniczką podejścia bardziej slow-foodowego, ale czas był komfortem, którego nie mieliśmy. A efekt był naprawdę fajny - żeberka rozpływały się w ustach i smakowały przyjemnie słodko-pikantnie.
Do mięsa obowiązkowo sałatka - również z repertuaru Oli.
(tu uwaga: o ile żeberka to przepis zaadaptowany, o tyle sałatka - autorski!)
Sałatka Oli:
- mała główka kapusty pekińskiej
- 2 ogórki
- 3-4 pomidory
- czerwona papryka
- 20 dkg sera żółtego
- pestki słonecznika
- po pół pęczka: koperku, szczypiorku i natki pietruszki
- oliwa z oliwek
- sok z połowy cytryny
- sól, pieprz
Wszystkie składniki posiekać w ulubiony sposób, polać oliwą i sokiem z cytryny, doprawić do smaku, wymieszać. Proporcje warzyw są dowolne, myślę też, że dowolnie można eksperymentować z poszczególnymi składnikami. Uwielbiam jednak połączenie mocno warzywnej mieszanki z zupełnie innymi w swej fakturze: serem i pestkami, więc ich bym się nie pozbywała. ;-)

Podsumowanie: mecz był nudnawy, dobrze więc, że było co jeść. Żeberka cieszyły się prawie takim samym powodzeniem jak piwo! Jako gospodyni czuję się więc usatysfakcjonowana. ;-)
I jedna rzecz tylko napawa mnie nostalgią... Świadomość, że Lublin był tak dawno, a teraz dzielą nas tysiące kilometrów.
Myślę o Tobie ciepło Olu.
Dobrze, że jest Facebook. ;-D
* - JEST znaczy się, ale rozumiecie zabieg stylistyczny... ;-)
Wielu z moich ulubionych przepisów, które na stałe weszły do codziennego jadłospisu nauczyłam się od osób poznanych na różnych etapach mojego życia. Te są najcenniejsze, bo przywołują wspomnienia o nich, o wspólnie przeżytych (i przeżutych też! :-P) cudownych chwilach.
Tematy dzisiejszego wpisu to owoce znajomości z niesamowitą, jedyną i niepowtarzalną osobą, którą poznałam podczas studiów w Lublinie - Oli. Jestem totalną fanką jej barwnej osobowości, ognistego temperamentu i, co oczywiste, prze-pomysłowej kuchni. :-) Sprawiła, że pokochałam soczewicę... (o tym już niedługo, obiecuję) a jej pomysł na żeberka był pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy w sobotnie popołudnie gdy okazało się, że urządzamy u nas niedzielny wieczór piłkarski. Banda fanów futbolu, która schodzi się do naszego mieszkania na wspólne oglądanie finału Mistrzostw Świata stanowi nie lada wyzwanie, przyznajcie. ;-)
Oto opowieść o tym, jak dzięki magii wspomnień i płynącej z nich inspiracji udźwignęłam powagę chwili... ;-)
Żeberka po kawalersku
Składniki:
- 2 kg żeberek
- 4 cebule
- 3 łyżki miodu
- 2 butelki ketchupu (koniecznie pikantnego)
Żeberka solimy i obsmażamy aż się zrumienią. Układamy w żaroodpornym naczyniu. Na pozostałym tłuszczu podsmażamy pokrojoną w piórka cebulę. Wykładamy ją na żeberka i polewamy ketchupem wymieszanym uprzednio z miodem. Pieczemy w 180-200 st. około 1,5 do 2 godzin (warto próbować w trakcie by wyczuć właściwy moment).

Przepis jest błyskawiczny i bajecznie prosty. Aż trudno uwierzyć, że ma to sens. :-P W końcu sama jestem zwolenniczką podejścia bardziej slow-foodowego, ale czas był komfortem, którego nie mieliśmy. A efekt był naprawdę fajny - żeberka rozpływały się w ustach i smakowały przyjemnie słodko-pikantnie.
Do mięsa obowiązkowo sałatka - również z repertuaru Oli.
(tu uwaga: o ile żeberka to przepis zaadaptowany, o tyle sałatka - autorski!)
Sałatka Oli:
- mała główka kapusty pekińskiej
- 2 ogórki
- 3-4 pomidory
- czerwona papryka
- 20 dkg sera żółtego
- pestki słonecznika
- po pół pęczka: koperku, szczypiorku i natki pietruszki
- oliwa z oliwek
- sok z połowy cytryny
- sól, pieprz
Wszystkie składniki posiekać w ulubiony sposób, polać oliwą i sokiem z cytryny, doprawić do smaku, wymieszać. Proporcje warzyw są dowolne, myślę też, że dowolnie można eksperymentować z poszczególnymi składnikami. Uwielbiam jednak połączenie mocno warzywnej mieszanki z zupełnie innymi w swej fakturze: serem i pestkami, więc ich bym się nie pozbywała. ;-)

Podsumowanie: mecz był nudnawy, dobrze więc, że było co jeść. Żeberka cieszyły się prawie takim samym powodzeniem jak piwo! Jako gospodyni czuję się więc usatysfakcjonowana. ;-)
I jedna rzecz tylko napawa mnie nostalgią... Świadomość, że Lublin był tak dawno, a teraz dzielą nas tysiące kilometrów.
Myślę o Tobie ciepło Olu.
Dobrze, że jest Facebook. ;-D
* - JEST znaczy się, ale rozumiecie zabieg stylistyczny... ;-)
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
muffiny pomarańczowo-migdałowe, czyli sezon piknikowy uważam za otwarty!
Niedzielny poranek. Piękne słońce budzi nas nawet zza zasuniętych rolet. Ptaszki radośnie ćwierkają. Delikatny wiatr wpada przez uchylone okno roznosząc zapach kwitnących na biało i różowo drzew...
a Jędrek wychodzi do pracy. :-P
...zgrzyt!...
Nie dam się. Nie pozwolę zmarnować tego dnia. W głowie już od kilku dni majaczący, niecny plan zorganizowania niespodziankowego koszyka piknikowego, w towarzystwie którego dokonam porwania mojego Nieszczęśnika w plener. Dzisiaj dojrzał.
Nie ma śniadania - będzie lunch. Wiosna jeszcze będzie nasza. ;-)
Muszę tylko działać szybko.
Kanapki z serem. Z pastą tuńczykową. Pokrojone w słupki warzywa. Garść oliwek. Soczyste jabłka. Ukochany sok ananasowy. Wszystko po kolei ląduje w wiklinowym koszyku. Jeszcze deser! Szybki ogląd zawartości kuchennej szafki i... jest pomysł!
Krzątam się, uwijam, ale jestem easy... Easy like Sunday morning... :-)
Oto przepis na muffiny, z którego korzystam najczęściej. Pochodzi on ze strony foody.pl. Jest wygodny, bo zostawia dużą dowolność w doborze składników i mogę go modyfikować zależnie od rodzaju aktualnie posiadanych produktów. :-)
Muffiny - przepis podstawowy.
Składniki (na ok. 12 sztuk)
- 2 szklanki mąki
- 1 łyżka proszku do pieczenia (tak, naprawdę tak piszą :-P - ja przeważnie dodaję 1 płaską łyżeczkę proszku i niepełną łyżeczkę sody oczyszczonej)
- 2 łyżki cukru (jest to bezpieczna ilość cukru, bo przepis podstawowy możemy też wykorzystać do przygotowania muffinów wytrawnych; jeśli planujemy robić je na słodko - polecam zwiększyć ilość cukru do ok. 4-5 łyżek)
- 1 łyżeczka soli
- 1 duże jajko
- 1 szklanka mleka (w niektórych przepisach jogurt, maślanka)
- 1/2 szklanki oleju roślinnego (może być oliwa lub masło)
- 1 łyżka proszku do pieczenia (tak, naprawdę tak piszą :-P - ja przeważnie dodaję 1 płaską łyżeczkę proszku i niepełną łyżeczkę sody oczyszczonej)
- 2 łyżki cukru (jest to bezpieczna ilość cukru, bo przepis podstawowy możemy też wykorzystać do przygotowania muffinów wytrawnych; jeśli planujemy robić je na słodko - polecam zwiększyć ilość cukru do ok. 4-5 łyżek)
- 1 łyżeczka soli
- 1 duże jajko
- 1 szklanka mleka (w niektórych przepisach jogurt, maślanka)
- 1/2 szklanki oleju roślinnego (może być oliwa lub masło)
Przesiać mąkę, proszek, cukier i sól do jednej miski. W drugiej misce połączyć jaja, mleko i olej, używając trzepaczki. Miksturę dodać do suchych składników i wymieszać. Niezbyt dokładnie - bardzo ważne, żeby po prostu te suche składniki były ledwie wilgotne i wszystko nie za bardzo wymieszane. Przełożyć łyżeczką do formy - każdą dziurę wypełnić do dwóch trzecich. Piec w 200 st. przez 15 do 20 minut, aż będą złotobrązowe. Zostawić do całkowitego ostygnięcia.
I teraz tak: do masy muffinowej możemy dodać wszystko, na co tylko mamy ochotę. Ja znalazłam u siebie akurat płatki migdałowe, starłam skórkę z jednej pomarańczy i dolałam sok wyciśnięty z jednaj cytryny.
Możemy też dorzucić oczywiście kawałki czekolady ciemnej i białej, orzechów, rodzynki, owoce świeże (np. banany), mrożone (np. jagody), suszone (np. żurawina, figi), musli; można polać je czekoladą, posypać cukrem pudrem, podawać z serkiem. W wersji wytrawnej mogą być to np. feta i suszone pomidory, zioła i cebulka, ser, szynka, pikantne przyprawy (fantastycznie sprawdzają się wtedy jako dodatki do zup).
Wszystko zależy od naszej wyobraźni.
Natomiast za ich podstawową zaletę uważam bardzo szybki czas przygotowania - w sam raz na spontaniczne przedsięwzięcia. ;-)
...na piknikowe wojaże polecam zaś Pszczynę. :-)
niedziela, 18 kwietnia 2010
bruschetta z pomidorami, czyli rzecz o niedzielnym śniadaniu
...bo śniadanie w niedzielę rządzi się swoimi prawami :-) Nieśpieszne, smakowane, celebrowane, długo planowane - jeszcze w łóżku, przeciągając się, obmyślamy od czego zacząć ten wspólny leniwy dzień. Z sobotami bywa różnie. Nawet wtedy nie zawsze mamy możliwość zjedzenia śniadania razem. Niedziela, jak piosence, jest zawsze dla nas :-) Musi być więc uroczyście.
Bruschetta chodziła za mną od dawna. Długo zwlekałam z realizacją pomysłu, bo zimowe pomidory nie dźwignęłyby ciężaru głównej roli w tym daniu. Zmaterializował się on jednak za sprawą bolesnego rozczarowania, jakie spotkało mnie ostatnio w jednej z krakowskich knajpek. Podana mi bruschetta zdawała się być jedynie swobodną wariacją na ten temat, a moje wielkie nadzieje na lekki posiłek mający być także pożywką dla zmysłów okazały się być raczej czczą mżonką :-P
Cóż, przynajmniej wiedziałam czego chcę. Nie pozostawało nic innego, jak spróbować poradzić sobie samodzielnie. Wiarę w sukces rozbudziły zdobyte na osiedlowym bazarku polskie (wreszcie!) pomidory o wdzięcznej nazwie "Gargamel". Plan nie mógł się nie udać. ;-D
Do przygotowania klasycznej bruschetty potrzebujemy:
- pomidorów
- świeżej bazylii
- czosnku (1-2 ząbki)
- oliwy z oliwek
- soli i pieprzu
- pieczywa
Pieczywo (pisze się m.in. o bagietkach, ciabattach; chleb także jest jak najbardziej właściwy - ja lubię ciemny z ziarnami) opiekamy w piekarniku lub tosterze. Opcjonalnie można kromki posmarować wcześniej oliwą. Pomidory sparzamy i obieramy ze skórki, a następnie siekamy w drobną kostkę. Doprawiamy oliwą, posiekaną bazylią i przeciśniętym przez praskę czosnkiem (uważajcie by nie przesadzić - ma wzbogacać smak, a nie dominować, o co dość łatwo) oraz solą i pieprzem. Jest to mój sposób zaznaczania czosnkowego akcentu, mniej pracochłonny. Często przyjmuje się, że to grzanki potarte są przeciętym ząbkiem czosnku - przed lub po opieczeniu.
Jeśli mamy możliwość to odstawiamy pomidory w chłodne miejsce na 15-30 min. by składniki się "przegryzły".
Następnie nakładamy je na chrupiące tosty i... delektujemy się! ;-) Przepyszne z kubkiem mlecznej kawy.
Śniadanie pachnące słońcem.
czwartek, 15 kwietnia 2010
zupa marchewkowo-pomarańczowa, czyli znów eksperymentuję
Poddałam się. Po raz kolejny. Porzuciłam dietę kopenhaską w 3 dniu :-P Niby nie było tak źle, nie czułam jakiegoś przeraźliwego głodu. Picie dużej ilości płynów naprawdę pomagało. Najgorzej jednak było gdy przychodziła pora posiłków. Mimo ssania w żołądku czułam prawdziwą niechęć do tego, co miałam na talerzu. A wizja podobnie wyglądających następnych 13 dni napawała prawdziwym przerażeniem. Bo najgorsza jest w tym wszystkim monotonia.
Za to w mojej wyobraźni feeria smaków, zapachów i kolorów; miałam fantazje kulinarne jak nigdy dotąd! ;-) W głowie gorączkowo zapisywałam pomysły na nowe dania, jakie koniecznie wypróbuję, kiedy "już będę mogła". Marzenia te boleśnie dość ścierały się z rzeczywistością, więc moja depresja się tylko pogłębiała.
A nie tak miało być! Miałam poprawić swoją formę, a nie fundować sobie epizod depresyjnych zaburzeń zachowania, których ofiarą powoli stawał się biedny, bogu ducha winny, Jędrek. :-P
Poddałam się więc. A może właśnie zawalczyłam? ;-) To drugie słowo lepiej chyba określa bunt, który się we mnie zrodził :-P Niestety, mam wyraźnie naturę hedonistki i bez małych, codziennych przyjemności moje życie traci smak. Dosłownie! ;-)
Co nie znaczy, że nie mogę nadal próbować się zdrowo i niskokalorycznie odżywiać. Wszystkie zbyt obciążające przepisy nadal są odsunięte na bok. Desperacko potrzebuję jednak intensywnych aromatów, zmiennych faktur, zaskakujących połączeń by właściwie funkcjonować - i w kuchni i poza nią.
Na pierwszy rzut realizacji moich kulinarnych marzeń poszła więc zupa marchewkowo-pomarańczowa z imbirem. Czytałam o niej wielokrotnie i fascynowała mnie już od dłuższego czasu, poczynając od opisów Marty Gessler w Wysokich Obcasach. Przepis ten jest fuzją jej przepisu oraz tego opublikowanego przez miesięcznik Kuchnia na Ugotuj.to.
Składniki:
- 2 łyżki oliwy
- 2 ząbki czosnku
- 1 duża cebula
- 4-6 marchewek
- kawałek imbiru (ok. 2-3 cm)
- 2 duże pomarańcze (z jednej połówki ścieram skórkę + z obydwu owoców wyciskam sok)
- 700 ml bulionu warzywnego (może być z kostki)
- sól i pieprz
- świeża kolendra
A efekt końcowy?
No cóż, kontrowersyjny ;-) Zupa wyszła trochę gęsta, ale to nie problem - zawsze można dolać wody. Przesadziłam chyba jednak zbytnio ze skórką pomarańczową :-P Radzę więc na to uważać ;-) Poza tym jednak sprawdza się całkiem dobrze w roli rozgrzewacza - także za sprawą pikantności imbiru i cudownego słonecznego koloru.
Zachęcam do indywidualnych eksperymentów z owym wynalazkiem. :-)
A na pożegnanie - przesłanie! Bo przecież nie byłabym sobą... ;-D
wtorek, 13 kwietnia 2010
zupa ogórkowa, czyli jak zdobyłam serce J.
Zimno, mokro, buro i tak smutno dokoła ostatnimi dniami...
Wiosna chwilowo się ukrywa.
Czas więc na powrót sięgnąć do zimowych rozwiązań. Na smutki: moja popisowa zupa (której nauczyłam się od mamy :-)). Skutecznie rozgrzewa i doładowuje - tak energetycznie jak i emocjonalnie.
A w tle radosne mruczenie Jędrka. Jeszcze przyjemniejsze :-)
Smacznego!
Składniki:
- ok. 2 litry zimnej wody
- 2 kostki bulionowe
- udko kurczaka (mogą być inne części, ale z udka jest więcej mięska ;-))
- kilka ziemniaków
- 2 marchewki
- kilka ogórków kiszonych
- łyżka masła
- pół kubka śmietany (18%)
- sól, pieprz do smaku
- koperek
Najpierw gotuję udko z kostkami bulionowymi, aż będzie miękkie. Jak się ugotuje, wyjmuję je z garnka, a wrzucam ziemniaki pokrojone w kostkę i marchewkę w talarki. Kiedy te są miękkie, dodaję ogórki - wcześniej starte na tarce o grubych oczkach i podsmażone na maśle, aż cała woda odparuje. Nie potrafię podać i dokładnej ilości - zawsze robię to "na oko". Jeśli zupa jest za mało kwaśna to dolewam do niej trochę wody ze słoika z ogórkami. Uważajcie tylko, żeby nie przedobrzyć :-P Potem pozostaje tylko dodać ugotowane wcześniej mięsko obrane z kości i skóry, i pokrojone na kawałeczki, a następnie zabielić zupę śmietaną. Na końcu konieczne posypać posiekanym koperkiem!
Ot, cała magia ;-)
Rada: do zup i sosów fantastycznie sprawdza się koperek mrożony. Sposobem babci siekam świeży i układam w słoiczku, który potem wkładam do zamrażalnika. Babcia jeszcze go soli, ale ja nie widzę takiej potrzeby. Tak samo postępuję z pietruszką. Pięknie zachowują kolor i wszystkie walory smakowe, a ja mam je zawsze pod ręką.
niedziela, 28 marca 2010
muffiny Nigelli, czyli czekoladowe upodlenie...

No i stało się. Pokusa upieczenia czegoś pysznego w sobotnie popołudnie okazała się tak silna, że wszelkie szlachetne dietetyczne postanowienia zostały obrócone w niwecz :-P Zresztą, ten tydzień i tak należy spisać na straty - Święta zbliżają się wielkimi krokami, a razem z nimi wszechogarniające szaleństwo konsumpcji. Zamiast więc walczyć z nieustannymi wyrzutami sumienia... chyba dam sobie z nimi spokój. Na jakiś czas. Moje superego potrzebuje urlopu. :-P
Składniki:
(oficjalnie na 12 muffinów, ale mnie wyszło ponad 2 razy więcej - przypuszczam, że mniejszych niż w oryginale)
suche:
- 1 i 3/4 szklanki mąki
- 2 łyżki kakao
- 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 3/4 szklanki cukru pudru
- 150 g pokruszonej gorzkiej czekolady; ok. 120 g wymieszaj z pozostałymi składnikami, a 30 g zachowaj do posypania (ja - w swej nieopanowanej skłonności do przesady - użyłam jej prawie 2 razy więcej, by były naprawdę mocno czekoladowe... ;-))
- 1 szklanka mleka
- 1 szklanka oliwy
- 1 łyżeczka aromatu lub ekstraktu waniliowego
- 1 jajo
Efekt wart jest grzechu ;-)
Pozdrawiam,
Królowa Niekonsekwencji
P.S. Specjalnie podziękowania dla Mi, mającej swój ogromny udział w fotografowaniu oraz pałaszowaniu owego wypieku ;-) Cium!
czwartek, 25 marca 2010
pesto the besto! czyli zielono mi...
Długo zwlekałam z opublikowaniem pierwszego posta, bo bardzo bardzo zależało mi, by był on na temat pesto. A ze względów różnych byłam je w stanie zrobić dopiero dziś.
Wybaczcie więc obsuwę.
Pesto jest czymś, co mnie absolutnie zachwyca. Jest kwintesencją tego, czego szukam w kuchni - idealną kombinacją cudownego aromatu i zachwycającego koloru. Wzruszające w swej prostocie! ;-) Nie raz ratowało mnie przed popadnięciem w totalnego doła podczas tegorocznej megadługiej zimy, kiedy wszystko wydawało się bure, nijakie i beznadziejnie mroczne. A ta soczysta, pachnąca zieleń po prostu energetyzowała :-)
Dlatego dziś robię je dla uczczenia panującej nam już od kilku dni Pani Wiosny, kiedy w słonecznej euforii mogę wreszcie wypucować wszystkie okna.
Przepis podaję za Robertem Makłowiczem, by pomógł Wam wyczuć proporcje. Ja zawsze robię to "na oko", więc za każdym razem wychodzi nieco inaczej ;-)
Potrzebne są:
* 2 nabite szklanki liści bazylii
* 2-3 ząbki czosnku (zależnie od wielkości - i radzę dać raczej mniej niż więcej, bo zbyt zdominuje smak)
* 1/3 szkl. parmezanu
* 1/3 szkl. oliwy
* 3 łyżki orzechów pinii
Wszystko razem miksujemy i voila! Ostateczna konsystencja to rzecz indywidualna. Może być to gładka masa, ale można zostawić małe orzechowo-parmezanowe grudki i też jest super.
Najczęściej, razem z Jędrkiem wcinamy wszystko co jest z makaronem (świeżo ugotowane spaghetti lub penne mieszamy z pesto i ewentualnie posypujemy jeszcze orzeszkami), ale może tym razem uda mi się coś zachować do łososia lub sałatki caprese.
Mniam!
"Zielono mi... i spokojnie..." Nareszcie. :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

