piątek, 3 września 2010

sałata, ser i słonecznik, czyli docenić didaskalia



Opis wykonania tej sałatki jest zaledwie tłem dla opowiedzenia pewnej poruszającej historii w jednym z artykułów ostatniego numeru WO. Dla mnie jednak, w zupełnie niewytłumaczalny sposób, wybił się na pierwszy plan...
Niezwłocznie więc wcieliłam przepis w życie. ;-)

Składniki:

- główka sałaty lodowej - porwać/posiekać
- 100 g sera pleśniowego (np. Błękitny Lazur) - pokroić/pokruszyć
- 50 g prażonych pestek słonecznika - posypać
- sos vinaigrette - polać
... i wymieszać! :-)

Pyszna np. jako dodatek do łososia z brązowym ryżem.

wtorek, 17 sierpnia 2010

brzoskwinie w winie, czyli deser dla dorosłych



Jest to przepis Tessy Caponi-Borawskiej, który wypatrzyłam ponad rok temu w książce "Dziennik toskański". Skrzętnie przepisany, leżał zapomniany w segregatorze do dziś. Widocznie dopiero ten moment okazał się właściwy. :-)
Leniwy, rześki wieczór, tuż po letniej burzy. Wspólne świętowanie małych sukcesów. Błogie oczekiwanie na upragniony urlop... jeszcze tylko 3 dni!;-D

Składniki:

- 6 dojrzałych brzoskwiń
- 2 szklanki białego wina (wersja bardziej delikatna, ale może być również czerwone)
- garść liści mięty

Brzoskwinie obrać, usunąć pestki, i pokroić na kawałki. Polać winem, delikatnie wymieszać, wstawić do lodówki i trzymać w niej do momentu podania. Posypać liśćmi mięty i podawać same, albo jako dodatek do lodów waniliowych.

Uwagi: ja pominęłam miętę (z jej chwilowego braku; no cóż, to w końcu był spontan;-)), natomiast w kwestii alkoholu poszłam na zupełną całość, bo zamiast wina użyłam Martini Rosso (dostałam je w prezencie i zalegało mi z braku pomysłu na nie). Dało radę, ale myślę, że lżejsze wino dałoby przyjemniejszy efekt.
W każdym razie pomysł wart powtórzenia.
Polecam!:-)


ciasto marchewkowe, czyli sto lat Ewela! :-)



Kolejny wpis z serii: gotujemy/pieczemy dla przyjaciół. :-)
Tym razem okazją była doroczna wizyta E. i M. w Krakowie, połączona z lekko spóźnionym świętowaniem urodzin tej pierwszej.
Mimo niedostatku czasu na przygotowania, funkcja gospodyni zobowiązywała... ;-)
Stąd pomysł na super szybkie (wielka zaleta ciast ucieranych!), oryginalne ciasto, które po upieczeniu w tortownicy nabrało odświętnego charakteru. W sam raz, by zapalić na nim świeczki. ;-)

Przepis wg Marty Gessler

Składniki:

- 1 i 1/4 szkl. oleju
- 4 jaja
- 2 szkl. drobno utartej marchewki
- 2 szkl. mąki 2 szkl. cukru
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia (płaskie)
- 2 łyżeczki sody (płaskie)
- 2 łyżeczki cynamonu
- szczypta soli
- orzechy włoskie
- rodzynki

Jaja utrzeć z cukrem na puszystą masę. Dodawać stopniowo mąkę (wymieszaną z proszkiem, sodą i cynamonem) oraz olej, na końcu marchew, orzechy i rodzynki. Piec w temp. 180 st., ok. 40 min.

Polewa:

- 2 opakowania serka Philadelphia
- łyżka miękkiego masła
- 3-4 łyżki cukru pudru
- sok wyciśnięty z 1/2 cytryny

- płatki migdałów - opcjonalnie, do posypania

Wszystkie składniki razem zmiksować, smarować przestudzone ciasto. Można posypać je płatkami migdałów lub posiekanymi orzechami.

środa, 4 sierpnia 2010

sałatka krabowa, czyli o pysznościach "przy okazji"



Zrządzeniem losu weszliśmy ostatnio w posiadanie opakowania surimi, czyli paluszków krabowych. No dobrze, nie tak do końca zrządzeniem losu. :-P
Urzeczeni odkryciem smakowym ostatnich miesięcy, za to totalnie wymęczeni finansowo (płaceniem "tym, co się znają") postanowiliśmy poeksperymetować samodzielnie z robieniem sushi. Pozwolicie, że temat rozwinę za jakiś czas kiedy nabierzemy w nim pewności i faktycznie będzie się czym pochwalić. ;-)
Tymczasem dziś ważne jest surimi. Zostało go trochę. ;-) A że nie znoszę marnować czegokolwiek, poniekąd zmuszona okolicznościami, wcieliłam w życie przepis pośpiesznie znaleziony w serwisie ugotuj.to:

Składniki:

- 1 opakowanie paluszków krabowych (250 g)
- 2-3 ogórki (zależy od wielkości)
- puszka kukurydzy
- 2 małe ząbki czosnku
- pęczek koperku
- majonez (u mnie raczej symbolicznie, wymieszany z jogurtem greckim)

Ogórki oraz paluszki krabowe pokroić w kostkę. Następnie dodać kukurydzę. Czosnek przecisnąć przez praskę i wymieszać z majonezem oraz z posiekanym koperkiem. Doprawić wedle uznania. Pycha!

P.S. No dobrze, muszę pochwalić się choć troszeczkę... :-P



Zabawa przednia! :-D

sałatka Nigelli, czyli o kontrowersjach w kuchni



Jakich kontrowersjach? Niech lista składników powie sama za siebie...

- 1,5 kg słodkiego arbuza
- 1 czerwona cebula
- 2-3 limonki
- 250 g sera feta
- 100 g czarnych oliwek bez pestek
- pęczek świeżej mięty
- pęczek natki pietruszki
- 3 łyżki oliwy z oliwek
- pieprz czarny

Cebulę kroimy bardzo cienko w półksiężyce, wkładamy do miseczki i zalewamy sokiem wyciśniętym z limonek. Odstawiamy. Miąższ arbuza kroimy w kostkę, podobnie ser feta. Dodajemy oliwki i posiekaną miętę i natkę. Dodajemy cebulkę i polewamy pozostałym sokiem z limonki. Na koniec skrapiamy sałatkę oliwą i oprószamy świeżo zmielonymi pieprzem. I już.

I co? I... hmmm... Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Nigellę odprawiającą te czary w sobotnie popołudnie na kuchnia.tv, najpierw długo patrzyłam w ekran jak urzeczona, by chwilę później rzucić w kąt szmatkę do kurzu i oddać się gorączkowym poszukiwaniom czegoś do notowania. Przepis wydawał mi się... piękny! Jeszcze Ona tak sugestywnie mieszała składniki w salaterce dłońmi... ;-)
Rozczarowanie było więc tym bardziej bolesne. :-P Zjedliśmy z... zainteresowaniem ;-) Połączenie arbuza z fetą: super. Oliwki kocham pod każdą postacią. Ale, jak na nasz gust, cebula jest tam zbyt ekstrawaganckim (sic!) dodatkiem.
Następnym razem bez. Zdecydowanie.

muffiny bananowe z białą czekoladą, czyli jestem w niedoczasie



Oj, jestem. Mam poczucie konieczności nadrobienia mnóstwa zaległości. Bycia wiecznie ostatnią... Również w pisaniu. Dlatego pozwólcie, że bez zbędnych komentarzy przejdę do konkretów. ;-)
Muffiny powstały jako mocno spóźniony wyraz wdzięczności wobec lekko spóźnionych życzeń imieninowych. Temat natomiast przywołuję z jeszcze większym poślizgiem. Ale co tam. Wyszły pyszne - warte wspominania. ;-)

Przepis podstawowy jest w zasadzie taki sam jak w przypadku wcześniej opisywanych muffinów pomarańczowo-migdałowych. Zastąpiłam jednak mleko kefirem i zamiast oleju użyłam masła. Składniki podane są na 1,5 porcji (wyszło mi ok 30 sztuk, ale w ikeowskiej formie są one niewielkie).

Ciasto:
- 3 szklanki mąki
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej
- 3/4 szklanki cukru trzcinowego (można dać nawet mniej)
- 1 łyżeczka soli
- 1 duże jajko
- duży kubek kefiru
- kostka masła - stopionego i przestudzonego

Dodatkowo:
- 2 tabliczki białej pokruszonej czekolady
- 1 łyżeczka cynamonu
- 5 dojrzałych, pokrojonych w kostkę bananów

Przesiać mąkę, proszek, cukier i sól do jednej miski. W małej misce połączyć jaja, kefir i masło, banany, czekoladę i cynamon, używając trzepaczki. Miksturę dodać do suchych składników i mieszać. Tradycyjnie - niezbyt dokładnie. Przełożyć łyżką do formy - każdą dziurę wypełnić do dwóch trzecich. Piec w 200 st. przez 15 do 20 minut, aż będą złotobrązowe. Zostawić do całkowitego ostygnięcia.

czwartek, 15 lipca 2010

żeberka i witaminy, czyli o dużej piłce, ważnych ludziach, złych kilometrach i dobrych wspomnieniach

Co człowiek je, tym je * - powiedział poeta. A na pewno je tym, kogo spotka. ;-)
Wielu z moich ulubionych przepisów, które na stałe weszły do codziennego jadłospisu nauczyłam się od osób poznanych na różnych etapach mojego życia. Te są najcenniejsze, bo przywołują wspomnienia o nich, o wspólnie przeżytych (i przeżutych też! :-P) cudownych chwilach.
Tematy dzisiejszego wpisu to owoce znajomości z niesamowitą, jedyną i niepowtarzalną osobą, którą poznałam podczas studiów w Lublinie - Oli. Jestem totalną fanką jej barwnej osobowości, ognistego temperamentu i, co oczywiste, prze-pomysłowej kuchni. :-) Sprawiła, że pokochałam soczewicę... (o tym już niedługo, obiecuję) a jej pomysł na żeberka był pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy w sobotnie popołudnie gdy okazało się, że urządzamy u nas niedzielny wieczór piłkarski. Banda fanów futbolu, która schodzi się do naszego mieszkania na wspólne oglądanie finału Mistrzostw Świata stanowi nie lada wyzwanie, przyznajcie. ;-)
Oto opowieść o tym, jak dzięki magii wspomnień i płynącej z nich inspiracji udźwignęłam powagę chwili... ;-)

Żeberka po kawalersku

Składniki:

- 2 kg żeberek
- 4 cebule
- 3 łyżki miodu
- 2 butelki ketchupu (koniecznie pikantnego)

Żeberka solimy i obsmażamy aż się zrumienią. Układamy w żaroodpornym naczyniu. Na pozostałym tłuszczu podsmażamy pokrojoną w piórka cebulę. Wykładamy ją na żeberka i polewamy ketchupem wymieszanym uprzednio z miodem. Pieczemy w 180-200 st. około 1,5 do 2 godzin (warto próbować w trakcie by wyczuć właściwy moment).



Przepis jest błyskawiczny i bajecznie prosty. Aż trudno uwierzyć, że ma to sens. :-P W końcu sama jestem zwolenniczką podejścia bardziej slow-foodowego, ale czas był komfortem, którego nie mieliśmy. A efekt był naprawdę fajny - żeberka rozpływały się w ustach i smakowały przyjemnie słodko-pikantnie.

Do mięsa obowiązkowo sałatka - również z repertuaru Oli.
(tu uwaga: o ile żeberka to przepis zaadaptowany, o tyle sałatka - autorski!)

Sałatka Oli:

- mała główka kapusty pekińskiej
- 2 ogórki
- 3-4 pomidory
- czerwona papryka
- 20 dkg sera żółtego
- pestki słonecznika
- po pół pęczka: koperku, szczypiorku i natki pietruszki
- oliwa z oliwek
- sok z połowy cytryny
- sól, pieprz

Wszystkie składniki posiekać w ulubiony sposób, polać oliwą i sokiem z cytryny, doprawić do smaku, wymieszać. Proporcje warzyw są dowolne, myślę też, że dowolnie można eksperymentować z poszczególnymi składnikami. Uwielbiam jednak połączenie mocno warzywnej mieszanki z zupełnie innymi w swej fakturze: serem i pestkami, więc ich bym się nie pozbywała. ;-)



Podsumowanie: mecz był nudnawy, dobrze więc, że było co jeść. Żeberka cieszyły się prawie takim samym powodzeniem jak piwo! Jako gospodyni czuję się więc usatysfakcjonowana. ;-)
I jedna rzecz tylko napawa mnie nostalgią... Świadomość, że Lublin był tak dawno, a teraz dzielą nas tysiące kilometrów.
Myślę o Tobie ciepło Olu.

Dobrze, że jest Facebook. ;-D



* - JEST znaczy się, ale rozumiecie zabieg stylistyczny... ;-)

czwartek, 8 lipca 2010

makaron, brokuły, orzechy i... czyli medytacje wegetarianki nieortodoksyjnej ;-)




Nabyłam nową książkę o gotowaniu!:-) "Wegetariańskie dania - 101 sprawdzonych przepisów" nosi logo Good Food Magazine i jest skarbnicą niesamowitych pomysłów na sałatki, zupy, lekkie przekąski i dania główne, godnymi uwagi także dla Niekoniecznie-Wegetarian (patrz: ja! - mięso jadam, ale ostatnimi czasy mam na nie wyraźnie coraz mniejsze zapotrzebowanie...). Już pozaznaczałam sobie potrawy, które na pewno muszę wypróbować. ;-)
Oto pierwsza z nich, która przykuła moją uwagę jeszcze w księgarni. Prezentuję ją z niewielkimi zmianami w stosunku do oryginału.

Składniki: (na 2 osoby)

- pół opakowania makaronu (u mnie razowe świderki, w przepisie: spaghetti)
- ok. 200-250 g brokułów, rozdzielonych na różyczki
- 4-5 łyżek oliwy
- 1 mała cebula
- 1 ząbek czosnku
- 50 g orzechów włoskich
- 50 g bułki tartej
- sól, pieprz

bezczelnie pominęłam:
- 1/2-1 łyżeczki suchego chilli
- 1 łyżka oleju z orzechów włoskich

w przebłysku inwencji własnej dodałam:
- ser pleśniowy Błękitny Lazur

Makaron i brokuły należy ugotować. Ja używałam brokułów mrożonych, więc tylko zalałam je osolonym wrzątkiem i zostawiłam na kilkanaście minut - zbyt łatwo jest je rozgotować. W tym czasie rozgrzałam oliwę na patelni, by podsmażyć na nim posiekaną cebulkę i przeciśnięty przez praskę czosnek (ok. 2 min). Dodałam orzechy i bułkę tartą (w tym momencie należy też dodać chilli i olej orzechowy, jeśli ktoś posiada i ma na to ochotę ;-)) i smażyłam tak długo, aż składniki nabrały złocisto-brązowego koloru. Pozostało już tylko wyłożyć na talerz odcedzony makaron z brokułami i rozprowadzić na nich mieszankę orzechową. Uznałam jednak, że danie niepomiernie wzbogaci odrobina pleśniowego sera na wierzchu - doda mu wyrazistości i charakteru. Nie pomyliłam się. :-) Pycha!
Spróbujcie sami!

niedziela, 27 czerwca 2010

naleśniki ze szpinakiem, kurczakiem, curry i ananasem, czyli znów jestem w domu :-)



Ach, jak mi tego brakowało! Po tak długich (anty)kulinarnych wakacjach (gdyż los w swej przewrotności ostatnio rzucił mnie służbowo na dwa tygodnie w miejsce rządzące się zasadami zbiorowego żywienia, gdzie w wypadku niewystarczającego entuzjazmu okazywanego wobec kaszanki podanej na kolację, pozostawało zadowolić się chlebem z dżemem), z nieukrywaną radością wróciłam do możliwości samodzielnego komponowania swoich posiłków. :-P
Pierwsza niedziela w domu zainspirowała mnie do przygotowania dania zawsze kojarzącego mi się z Krakowem - za którym tak bardzo się stęskniłam. :-) Pochodzi ono z menu małej knajpki na Kazimierzu (ul. Józefa 6) o wdzięcznej nazwie "Kolanko no. 6", którą regularne odwiedzałam zanim jeszcze zamieszkałam tu na stałe. Przepis opracowany przeze mnie oparty jest na tym, co udało się podpatrzeć na talerzu. ;-)
Trudno jednak zapomnieć tak cudne połączenie głównych składników: kurczaka z curry, ananasa i szpinaku...
Ale do rzeczy:

Naleśniki:

• 1 szkl. mąki
• 1 szkl. mleka
• 2 jajka
• 1 łyżeczka cukru
• szczypta soli
• 3 łyżki oleju roślinnego
• olej do smażenia

Wszystkie składniki należy razem zmiksować i najlepiej odstawić przed smażeniem na ok. pół godziny, by ciasto "odpoczęło".

Farsz:

• 2 filety z kurczaka
• 1 puszka ananasa
• kubek śmietany 18% (200 g)
• 1 łyżeczka curry
• opakowanie mrożonego szpinaku w liściach (450 g)
• 2 ząbki czosnku
• łyżka masła
• szczypta gałki muszkatołowej
• sól, pieprz
• olej do smażenia

Ponadto:

• kawałek (ok. 100 g) startego sera żółtego
• szczypiorek

Kurczaka kroimy w kosteczkę i podsmażamy na oleju. Doprawiamy solą i pieprzem, posypujemy curry (ja go nie żałuję ;-)). Następnie dorzucamy pokrojonego ananasa, a po chwili wlewamy zahartowaną śmietanę (posoloną i wymieszaną z łyżką płynu spod kurczaka - zapobiega to jej ewentualnemu ścięciu). Osobno rozmrażamy szpinak i podsmażamy go na łyżce masła. Doprawiamy czosnkiem przeciśniętym przez praskę, solą, pieprzem i gałką muszkatołową.

Na usmażonym naleśniku rozkładamy trochę szpinaku, na to kurczaka z ananasem. Składamy dowolnie (ja najczęściej w trójkąt). Posypujemy tartym serem i szczypiorkiem. Docelowo ser powinien być roztopiony - w knajpie na pewno używają do tego mikrofali, której ja nie posiadam. Nie mam natomiast nigdy cierpliwości, żeby po tym wszystkim odpalać jeszcze piekarnik. :-P Wiórki sera też dają przyjemny efekt. :-)
Jemy aż nam się uszy trzęsą!

poniedziałek, 7 czerwca 2010

odrywaniec, czyli czary i paranoje ;-)



Wybaczcie ten kącik autopromocji, ale duma mnie rozpiera i muszę się tym z Wami podzielić. Otóż okiełznałam wreszcie ciasto drożdżowe! Zawsze mnie onieśmielało, o czym już wspominałam... To nieskończone wyrabianie i rośnięcie wydawało mi się wręcz magiczne.
A może po prostu chodziło o moje odwieczne problemy z cierpliwością, którą wciąż - z racji wykonywanego zawodu - intensywnie trenuję? ;-)
Tym razem udało mi się znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły i spokoju by potrafić... czekać.
Stresów i tak było mnóstwo, nie przeczę. :-P Ale chwila chyba była odpowiednia.
Niedzielne popołudnie. Burzowo za oknem.* Pachnące pomarańcze i cytryny na parapecie po drugiej, bezpiecznej stronie. Zaklinanie słońca...

I udało się, hej! ;-)

Przepis już dawno wypatrzony na: http://oliveandflour.blogspot.com/
Podaję go za Mico.

Ciasto:
- 2 i 3/4 szklanki mąki
- 1/4 szklanki cukru
- 2 i 1/4 łyżeczka suchych drożdży (ok. 9 g)
- szczypta soli
- 1/3 szklanki mleka
- 55g masła
- 1/4 szklanki wody
- 1 i 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii (pominęłam, z braku niestety)
- 2 duże jajka

Posypka:
- 1/2 szklanki cukru
- 3 łyżki startej skórki cytrynowej
- 1 łyżka startej skórki pomarańczowej
- 50 g rozpuszczonego masła



Mąkę – dwie szklanki - mieszamy z cukrem, drożdżami i solą. Mleko z masłem mocno podgrzewamy, następnie zdejmujemy z palnika, dodajemy wodę i odstawiamy na chwilę żeby przestygło. Dodać ekstrakt waniliowy i wymieszać. Teraz całość wlewamy do miski z mąką i mieszamy łopatką, aż się w miarę połączy.
Następnie wyrabiamy ciasto, można sobie pomóc mikserem, dodając jajka po jednym i pół szklanki mąki. Kiedy już wszystko razem ładnie się wyrobi, to przekładamy na stolnicę i jeszcze chwilkę je męczymy ręcznie, aż ciasto będzie elastyczne, ale nie klejące się. Jeśli jest za bardzo klejące, można dodać resztkę mąki, my tak robimy.
Odstawiamy na godzinkę do wyrośnięcia.

W tym czasie przygotujemy sobie posypkę – cukier mieszamy ze skórkami. (Ja użyłam skórki z dwóch cytryn i jednej dużej pomarańczy).
Masło rozpuszczamy i odrobiną wysmarowujemy foremkę keksową (22x12cm).
Wyrośnięte ciasto rozwałkowujemy na prostokąt o wymiarach 50x30cm, smarujemy masłem i kroimy na 5 pasów o szer. 10 cm. Na pierwszy pas sypiemy mieszankę cukru ze skórkami (ok. półtorej łyżeczki), przykrywamy drugim pasem itd. kończąc na warstwie cukru.
Kroimy teraz ciasto w poprzek na 6 równych pasków o szerokości ok.6 cm. i układamy je na sztorc w keksówce. Po bokach zostawiamy trochę miejsca. Przykrywamy i znów odstawiamy na ok. godzinkę do wyrośnięcia.
Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 st. ok. 30 min, aż się zrumieni. Wyciągamy i zostawiamy w foremce jeszcze z 15 min, żeby przestygło.

Ciasta nie kroimy – odrywamy sobie (i tu niespodzianka: stąd nazwa ;-D) po kawałeczku i wcinamy. Pyszne! Mięciutkie, aromatyczne ciasto, na bokach lekko chrupiące od skarmelizowanej skórki cytrynowej.

Przepis jest czaso- i pracochłonny, ale w zupełności wart tej ceny!
Odrywaniec zniknął w 3/4 już w pierwszej godzinie istnienia.
Też w sposób magiczny. ;-)
Cud!





* notka powstaje z tygodniowym opóźnieniem :-P